Superagent ma uratować świat. Lecz jak ma to zrobić zakatarzony i z gorączką? Z odsieczą przychodzi cudowna tabletka. Szast-prast. I po kłopocie.
Za chwilę nasz bohater jest już w pełni sił, pokonuje złoczyńców i znajduje jeszcze chwilę dla ponętnej blondynki. Komiks science fiction? Nie, reklama.
Lekomania telewizyjna
Zaczęła się jesień, czas banalnych chorób. Szybko zatem w blokach reklamowych zaroiło się od spotów leków na przeziębienie. Jeden lepszy od drugiego... Gdyby wierzyć reklamom, to choroba trwałaby najwyżej dzień. A wszystko dzięki medykamentom. Niestety, rzeczywistość nie wygląda tak różowo. Pacjenci, zachęceni obietnicami, żądają efektu. Natychmiast. A skoro lekarz twierdzi, że to niemożliwe — „no to się nie zna”. Bo przecież w telewizji pokazali…
— Poważny problem. Zdarza się, że pacjent wchodzi do gabinetu i żąda przepisania konkretnego preparatu. Bez badania! Tłumaczy lekarzowi: „Mam takie i takie objawy, wszystko się zgadza z tym, co mówili o tym i o tym leku, więc proszę o receptę” — opisuje Elżbieta Ptak, zastępca dyrektora ds. medycznych w Medicoverze.
Reklamy to niejedyne źródło wiedzy pacjentów. Jest jeszcze poczta pantoflowa. Przekazujemy sobie w ten sposób już nie tylko babcine sposoby, ale również nazwy leków. Skoro pomogły sąsiadce, koledze czy cioci, to i nam pomogą. No, prawdziwe remedium.
— Byłam świadkiem takiej rozmowy w aptece. Panie dyskutowały, jaki lek będzie skuteczniejszy — dodaje Elżbieta Ptak.
Bez oporów
Pół biedy, gdy to lek na receptę. Trzeba się przejść do gabinetu i porozmawiać z lekarzem. Istnieje szansa, że uda się pacjentowi wytłumaczyć, dlaczego proponuje coś innego. Ale są jeszcze medykamenty bez recepty.
— Te na przeziębienie można podzielić na dwie grupy. Pierwsza to środki, które stosuje się, gdy już się jest chorym. To leki złożone — są w nich składniki, pomagające zwalczać gorączkę, katar itp. Dopomogą w lepszym samopoczuciu, choć i tu są przeciwwskazania: np. choroba wieńcowa, nadciśnienie. U ludzi w podeszłym wieku mogą nawet powodować halucynacje. Przeciętnemu człowiekowi nic strasznego się nie stanie — pod warunkiem, że wszystko odbywa się zgodnie ze wskazaniami — tłumaczy dr Józef Meszaros z katedry farmakologii Akademii Medycznej w Warszawie.
Ale jest jeszcze druga grupa: środki profilaktyczne, mające uodpornić nas na przeziębienia.
— Witamina C, rutyna — reklamowane są w telewizji jako bardzo skuteczne, a przecież nie ma wystarczających dowodów, że to prawda — dodaje Józef Meszaros.
Z przesadą
By kupić leki na przeziębienie, wystarczy wybrać się do apteki. Co najwyżej poradzić się jeszcze farmaceuty. I gotowe. I tu zaczyna się problem. Może by go nie było, gdyby nie skłonność do przesady.
Skoro w zeszłym roku nie poszłam do lekarza i wyzdrowiałam, no to i teraz nie pójdę. I tak przez kilka lat. Jeżeli wezmę jedną tabletkę więcej, to nic się nie stanie. Swego czasu furorę zrobiła kuracja wstrząsowa: czyli po prostu — garść leków. Oczywiście bez konsultacji z lekarzem. To wszystko ma sprawić, że „będzie lepiej”, a wychodzi — jak zwykle. Samowolne leczenie to nie jest dobry pomysł.
— Pacjenci często przedawkowują leki. Zamiast przyjmować np. antybiotyk dwa razy dziennie, aplikują go sobie trzy razy, „bo tak było poprzednio” lub „tak powiedziała sąsiadka”. A przecież mogą mieć współistniejące choroby. Podobnie ze środkami na przeziębienie. A w takiej sytuacji lek wywoła skutki uboczne, a nie będzie leczył przeziębienia. Na przykład bardzo popularna tabletka zawierającą kwas acetylosalicylowy: jeżeli ktoś ma tendencje do tworzenia się wrzodów lub nadżerki, no to nawet jedna może sprowokować krwotok z przewodu pokarmowego — przestrzega Elżbieta Ptak.
Przedawkowania nie należą do przyjemnych: bóle brzucha lub głowy, nudności. A gdy przy każdym przeziębieniu wszystko zaczyna się od początku, to mogą się pojawić poważniejsze skutki uboczne — przewlekłe bóle głowy czy niewydolność nerek.
Nikt nie lubi chorować. Trudno się więc dziwić, że chcemy jak najszybciej wyzdrowieć. I to jak najmniejszym kosztem. Tylko czy naprawdę są to oszczędności — czasu i pieniędzy?
