Wakacyjny test trasy nad morze

Marcin BołtrykMarcin Bołtryk
opublikowano: 2024-06-14 10:49

Elektromobilność rozwija się bardzo szybko. Nie chodzi tylko o sprzedaż aut czy infrastrukturę. Chodzi o samochody. Cztery lata temu jechałbym elektrykiem z Warszawy do Gdańska na dwa, często długie, ładowania. Dziś jestem w elektryku szybszy niż koledzy w aucie spalinowym.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Elektromobilność polaryzuje społeczeństwo. Jak każda duża zmiana również przesiadka z aut spalinowych do elektrycznych ma gorących zwolenników i zagorzałych przeciwników. W moim odczuciu brakuje środka, a większości oponentów i sojuszników elektryków bliżej do ekstremistów niż orędowników własnych przekonań. Taki stan rzeczy owocuje narodzinami całej masy mitów i miejskich legend. W odniesieniu do aut elektrycznych jest ich całkiem sporo. Jak to z legendami bywa, czasem jest w nich trochę prawdy, czasem owa prawda była, ale już jej nie ma. Czasem ów mit ma solidne podłoże merytoryczne, czasem to tylko napompowany dla własnych potrzeb argument. Mówiąc krótko, warto owe mity weryfikować, bowiem jakby to Heraklit z Efezu ujął – panta rhei.

Mój własny mit

Mitów dotyczących aut na prąd jest sporo, ale dziś zajmijmy się jednym z nich. Elektryki nie nadają się w trasę, a jeśli już je w nią zabierzesz, polegniesz w porównaniu z tym, kto w trasę pojechał autem spalinowym. Bo po pierwsze, nie zaoszczędzisz, a po wtóre, zmuszony do długotrwałego ładowania po drodze, dotrzesz na miejsce znacznie później, niż dotarłbyś autem na benzynę czy olej napędowy. A oto eksperyment przeprowadzony przez Grupę VW na kilku dziennikarzach. W drogę? Zgoda, ale zanim ruszę, muszę się przyznać do jednego. Sam jestem poniekąd wyznawcą tego mitu. Auto na prąd w mieście – coś wspaniałego, jeśli uwzględnić dopłaty, możliwość jazdy buspasem, darmowe parkowanie i możliwość ładowania w domu, również taniego. Ale w trasę? Niby zaleczyłem już nerwicę zasięgową, ale jakiś tam stresik przed wyruszeniem mnie dopada. Czy będzie się gdzie naładować? Ile to będzie trwało? Do tego nerwowe przeszukiwanie aplikacji w celu ustalenia planu ładowania itd. Wszytko to sprawiło, że wybór auta spalinowego w trasę był dla mnie mniej stresujący. Wszak w spalinówkach spędziłem szmat czasu i pokonałem setki tysięcy kilometrów. Wiem, czym to się je. Tymczasem… wiele się zmieniło.

Po pierwsze: infrastruktura. Kilka lat temu w Polsce nie brakowało tras, których nie odważyłbym się pokonać autem na prąd, dziś jest ich coraz mniej. Zgoda, infrastrukturze cały czas daleko do ideału, ale jest znacznie lepiej – również w temacie szybkiego ładowania. Po wtóre, zmieniły się samochody, konkretnie ich oprogramowanie, co poważnie ułatwia życie. Czy to wystarczy, by wakacyjną trasę pokonać elektrykiem nie tylko w takim samym czasie jak autem spalinowym, ale i bez stresu oraz taniej? Czas to sprawdzić.

Trasa testowa

Starujemy z centrum Warszawy. Cel? Hotel w centrum Gdańska. Założenia? Dojechać i nie przekraczać prędkości dozwolonych na poszczególnych odcinkach. Broń spalinowa? Cupra Ateca. Pod maską dwulitrowy benzyniak o mocy 190 KM. Deklarowane przez producenta zużycie paliwa – 8 l na 100 km (pod uwagę bierzemy normę WLTP extra high, czyli do 131,3 km/h). Broń elektryczna: Volkswagen ID.7. Moc 286 KM. Zgodnie z zapewnieniem fabryki broń ta potrzebuje 19 kWh na każde 100 km (WLTP extra high). Na pokładzie każdego auta dwóch facetów i ich jednodniowy bagaż. Temperatura 25 st. Do Gdańska pojechaliśmy przez Płońsk, czyli trasą S7. Po drodze zaplanowaliśmy jeden postój (MOP Ostróda). Ale ani elektryki, ani auto benzynowe nie potrzebowały uzupełnienia energii. Ot, rozprostowanie kości, toaleta i kawka. Góra 15 minut.

Ja jechałem autem spalinowym. Zadanie wykonałem w prawie 3 h i 50 min (342 km). Zgodnie z założeniem na ekspresówce 120 km/h (prawie cały czas), na innych odcinkach zgodnie ze znakami. Wynik: Cupra pochłonęła 7,7 l benzyny na każde 100 km. Oznacza to (przy cenie 6,62 zł za litr), że na tę podróż wydałem 178,4 zł, czyli za każde 100 km zapłaciłem prawie 51 zł. Jak elektryk? Koledzy – również trzymający się wyznaczonych zasad – zużyli na każde przejechane 100 km 17,1 kWh. Jak to wygląda w pieniądzach? Zależy od sposobu ładowania. Przyjęliśmy, że auto w Warszawie zostało naładowane na publicznej stacji AC, to oznacza koszt 1 kWh dla członków producenckiego programu VW We Charge i przy najniższym abonamencie (niecałe 60 zł miesięcznie) na poziomie 1,63 zł. Przy takim założeniu koszt dotarcia do Gdańska to 97,5 zł (niecałe 27,9 zł na 100 km). Nieźle! A mogłoby być jeszcze lepiej. Jeśli miałbym możliwość naładowania auta w domu o korzystnej z punktu widzenia taryfy porze, wówczas zapłaciłbym 1 zł za kWh.

Kolejny dzień – powrót. Auto elektryczne naładowane w hotelu (1,63 zł za kWh), benzynowe trzeba zatankować, ale to już nie mój problem, bo ja wracam elektrykiem. Tym razem trasa wiedzie autostradą. Do pokonania 420 km i znowu ta sama prośba. Jechać (w miarę możliwości oczywiście) z maksymalną dozwoloną prędkością. Ja czym prędzej wskakuję na buspas i w porannych gdańskich korkach niknę z oczu kolegom w Cuprze. Niknę też dlatego, że koledzy postanowili uzupełnić bak jeszcze w mieście. Cisnę autostradą, tempomat ustawiony na 140 km/h, pada deszcz. Fabryczna nawigacja sugeruje konieczność doładowania baterii na szybkiej stacji Ionity w okolicach Kutna. Będę potrzebował prądu na jakieś 120 km, a to na tej stacji oznacza 8 min ładowania. Auto przyjmuje nawet 175 kW. Podpinam, idę po kawę i… odpinam. Gdy już siedzę w aucie, na kawę dołączają koledzy z Cupry. Oni na kawę, ja w drogę do Warszawy.

W autostradowej trasie powrotnej prowadzony prze ze mnie ID.7 zużył 21,2 kWh na 100 km. Ile to w złotych? Droga powrotna – 300 km na prądzie po 1,63 zł za 1 kWh oraz 120 km na tym za 2,23 zł (Ionity) – kosztowała niespełna 163 zł. Cupra na autostradzie zużyła 8,7 l na 100 km, a to kosztowało łącznie prawie 242 zł. Wnioski?

Pean z komplikacją

Wakacyjna trasa nad morze i z powrotem elektrykiem kosztuje około 340 zł, autem na benzynę 420 zł. To plus. Plusem jest też to, że elektryk – mimo konieczności ładowania – jest tak samo szybki. Autostradą z Gdańska do Warszawy dotarliśmy w 4 h i 2 min. Koledzy w spalinowym dojechali 10 min później (przewaga buspasów). Mit o wydłużającym podróż ładowaniu możemy obalić.

Zgoda, to porównanie nie jest aptekarskie. Inne auta (SUV i limuzyna). Do tego do kosztów energii dla elektryka wypadałoby jakoś doliczyć procent abonamentu We Charge. Ale nie o aptekę w tym teście szło. Test miał pokazać, że elektryki zaczynają jechać z autami na benzynę czy na olej napędowy niemal łeb w łeb. Wiem, są inne, wymagają zmiany myślenia o podróżowaniu i jeszcze kilku wyrzeczeń (nie wszędzie infrastruktura zapewnia taki komfort jak w drodze w Warszawy nad morze), ale sytuacja się zmienia. Dynamicznie. I to jest sens tego porównania. Elektromobilność rozwija się w bardzo szybkim tempie, znacznie szybszym niż kiedykolwiek rozwijały się auta spalinowe. Dotyczy to nie tylko infrastruktury, ale i samych aut. Warto np. korzystać z fabrycznej nawigacji w elektrykach, zamiast stawiać wyłącznie na Google’a. Fabryczna nawigacja nie tylko zaplanuje czas i miejsca ładowania, ale z odpowiednim wyprzedzeniem przygotuje auto, by ładowanie było jak najkrótsze.

Dokładne porównanie kosztów utrudniają też ceny prądu. Oczywiście najbardziej opłaca się ładować w domu, ale jeśli nie masz takiej możliwości, warto skorzystać z programu oferowanego przez producenta (każdy ma taki), wówczas obniżysz koszt kilowatogodziny. Do ilu? To znowu zależy od rodzaju abonamentu, jaki wybierzesz. Brzmi skomplikowanie, ale w praktyce jest skomplikowane mniej więcej tak samo jak kalkulacja kosztów jazdy autem na benzynę. Od ciebie zależy, czy zatankujesz na autostradzie, czy zechcesz zjechać kilka kilometrów i zatankować w mieście, oszczędzając kilka groszy na litrze.

Wiosek główny jest taki: Podróżowanie elektrykiem jest coraz łatwiejsze i jednocześnie tak samo komfortowe jak autem spalinowym. Może być jednak znacznie tańsze.