Dopiero 15/16 kwietnia być może nastąpi jakiś iluzoryczny rozejm. Po wizycie w Warszawie prezydent Wołodymyr Zełenski umocnił się w zapowiedziach zwycięstwa oraz przeciwdziałaniu spowszednieniu trwającej już 411 dni wojny w oczach światowej opinii publicznej. Kontrast w jej postrzeganiu wewnątrz/poza Ukrainą jest ogromny, wystarczy porównać program telewizyjny choćby w Polsce – bez względu na sympatie konkretnej stacji – oraz państwowego kanału UA Perszyj. U nas temat wojny nie milknie, ale stał się jednym z masy innych wątków, natomiast w przekazie ukraińskim całodobowo istnieje tylko ten jeden. Dlatego trzeba brać poprawkę np. na gospodarczy lejtmotyw niedawnej wizyty prezydenckiej, że polskie firmy już odbudowują Ukrainę. Teza jest prawdziwa, bo istnieją przykłady inicjatyw biznesowych, ale głównie trwa wielkie planowanie i oczekiwanie na stabilizację sytuacji.
Podczas świąt powtórzyło się, w znacznie większej skali, zauważalne już w 2022 r. reaktywowanie w Niemczech tzw. marszów wielkanocnych. Pół wieku temu, w okresie ostrej konfrontacji USA z ZSRR, był to ruch społeczny finansowany przez Kreml. Idealistyczni pacyfiści z Zachodu protestowali przeciwko zbrojeniom NATO i generalnie Zachodu, całkowicie pomijając okoliczność, że to odpowiedź na realne zagrożenie ze strony ZSRR. Instalowanie antyrakiet amerykańskich neutralizowało już rozmieszczone radzieckie, ale ten ostatni element był chowany pod dywan przez finansujących marsze. Notabene tamte protesty realnie odnosiły się do sytuacji, że w razie konfliktu oba państwa niemieckie, czyli RFN i NRD, stałyby się centrum atomowego teatru działań wojennych. Po zjednoczeniu Niemiec i upadku ZSRR paliwo się marszom wypaliło, ale w latach 2003-05 odżyły po uderzeniu USA i Wielkiej Brytanii – przy wsparciu m.in. Polski – na Irak. Wtedy rządy Niemiec i Francji ostro sprzeciwiły się interwencji zbrojnej. Po upływie dwóch dekad nastąpiła, za sprawą wojny Rosji z Ukrainą, kolejna reaktywacja marszów wielkanocnych. Tym razem ich idealistyczne przesłanie brzmi „Wygrać pokój – nie wojnę”. Demonstranci negują zachodnie dostawy broni na Ukrainę, albowiem ma to przedłużać rozlew krwi. Skuteczna propaganda Kremla relatywizuje przyczyny napadu z 24 lutego 2022 r. i zrównuje obie strony w odpowiedzialności. Im dalej od Europy, tym ta teza staje się bardziej nośna. Silnie popiera ją piątka BRICS (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny, RPA), będąca częścią grupy potentatów G20 i stanowiąca biegun przeciwny wobec zachodniej (chociaż z udziałem Japonii) grupy G7.
Znaczenia wznowionych marszów nie należy zarówno przeceniać, jak też nie doceniać. Teza o prowadzonej w Ukrainie zastępczej wojnie pomiędzy Rosją a NATO popierana jest przez całkiem spore kręgi społeczeństw Zachodu. Taka narracja podskórnie szerzy się również wśród decydentów politycznych państw NATO i UE, którzy oficjalnie popierają Ukrainę i potępiają zbrodnie reżimu Putina, a nawet pomagają napadniętemu państwu, dostarczając mu broń i pomoc humanitarną. Postulaty dążenia do pokoju za wszelką cenę pojawiają się wszędzie, np. lewica Partii Demokratycznej w USA wezwała prezydenta Josepha Bidena do podjęcia na nowo dialogu z Władimirem Putinem. Francuski prezydent Emmanuel Macron w zawoalowanych wystąpieniach wciąż powtarza, bez wskazywania winnego, pragnienie powrotu przywódców Rosji i Ukrainy do stołu negocjacyjnego. To złudzenie podobne do haseł marszów wielkanocnych, albowiem nie ma do czego powracać – przecież Moskwa z Kijowem napadu nie negocjowała.

