Wielki Brat wie tyle, ile Sokrates

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2020-11-04 22:00

Przypisywana ateńskiemu filozofowi sentencja „wiem, że nic nie wiem” wyrażała jego pokorę.

Gdy natomiast najpotężniejsze państwo globu dwie doby po wyborach najważniejszego decydenta świata nie wie, którego z dwóch kandydatów wybrało — wywołuje to w XXI wieku cywilizacyjny szok. Uproszczeniem byłoby zrzucenie winy na archaiczność Konstytucji USA, której ojcowie w 1787 r. ustalili pośrednie wybieranie federalnego prezydenta przez stanowych elektorów i zarazem zapisali tak wysokie progi wprowadzania konstytucyjnych poprawek, które zmianę akurat tego przepisu realnie wykluczają. Zastąpienie go prostym sumowaniem głosów oddanych w skali państwa wymaga ratyfikowania poprawki przez 3/4 stanów (czyli obecnie 38 z 50), na co maluchy dysponujące kilkoma czy kilkunastoma głosami elektorskimi (a takich jest w USA większość) nie zgodzą się nigdy.

Poza prezydentem wybierano 1/3 Senatu, Izbę Reprezentantów i wielugubernatorów, a także głosowano w lokalnych referendach.
Jack Kurtz - Zuma Press - Forum

Zgodnie z niepełnymi wynikami znanymi w chwili zamykania tego wydania bardziej prawdopodobna wydaje się jednak zmiana prezydenta USA. Jeśli w tzw. stanach wahliwych nic się zmieni po zliczeniu 100 proc. głosów, to 20 stycznia 2021 r. w południe 78-letni Joseph Robinette Biden złoży przysięgę jako 46. prezydent, natomiast 74-letni Donald John Trump się z Białego Domu wyprowadzi. Wyniki cząstkowe upoważniają demokratę Bidena do zaliczenia na swoje konto głosów elektorskich z Wisconsin, Newady i jednak Michigan, republikanin Trump zaś wygrywa w Pensylwanii, Karolinie Północnej i Georgii, a także marginalnej Alasce. Gdyby tak się utrzymało, to rozkład mandatów w kolegium elektorskim wyszedłby wręcz nieprawdopodobnie — 270:268 dla Josepha Bidena. Przy tak śladowej przewadze na pierwszy plan wysunąłby się problem tzw. elektorów wiarołomnych, głosujących niezgodnie z wynikami stanowymi. Teoretycznie mandatariuszami są zaufani funkcjonariusze partyjni, ale historia uczy, że trafiają się pojedynczy zdrajcy, zarówno w szeregach demokratycznych, jak też republikańskich. Absurdalność systemu polega na tym, że tylko w części stanów wiarołomcy ponoszą odpowiedzialność karną za oszustwo, natomiast w wielu tylko partyjno- -moralną. Nigdy w historii USA nie wypaczyli werdyktu kolegium elektorskiego, ale przy minimalnej przewadze jest to wyobrażalne. Przypomnę, że w 2016 r. Donald Trump pokonał Hillary Clinton formalnie 304:227, przy czym aż 7 elektorów zagłosowało na… innych kandydatów, którzy przepadli na wcześniejszych etapach kampanii.

Przyczyną chaosu nie jest ani pośredniość wyborów, ani też popularność głosowania wcześniejszego i korespondencyjnego. Naprawdę trudno pojąć, czemu procedury w wielu stanach dopuściły liczenie głosów jeszcze grubo po 3 listopada. W tym kontekście Polska może być dla Wielkiego Brata świetlanym przykładem. U nas wszystkie głosy korespondencyjne oraz oddane przez pełnomocnika tworzą jedną masę z wrzuconymi do urny, sa razem liczone i obejmowane jednolitym protokołem komisji obwodowej. Gdyby w USA było tak samo, to najpóźniej w środę wieczorem wszystkie wyniki byłyby znane do ostatniego głosu. Niepewność wieszczy niepogodzenie się Donalda Trumpa z ewentualną porażką, zwłaszcza gdyby została poniesiona w stosunku tak minimalnym, jaki podałem powyżej. Prezydent rozpocznie za wszelką cenę długą walkę sądową. Jeśli natomiast w głosach elektorskich Joe Biden przegra, to postąpi podobnie jak Al Gore w 2000 r. po trwającym miesiąc liczeniu głosów na Florydzie — skapituluje i kurtuazyjnie zadzwoni z gratulacjami do Donalda Trumpa. W drugą stronę jest to na razie niewyobrażalne.