Prawie 1 mld zł zamierzają zainwestować spółki, w których udziały ma rodzina Komorowskich. O ile nie będzie im przeszkadzać Samoobrona...
„Puls Biznesu”: W 1999 r. francuski Danone kupił 52 proc. akcji Bakomy, wówczas jeszcze giełdowej spółki. Jednak Pan zachował uprzywilejowane akcje, dające kontrolę nad firmą. Co dalej? Czy wykupi Pan Francuzów, czy oni Pana, bo na dłuższą metę taki konkurencyjny układ nie ma chyba sensu?
Zbigniew Komorowski: Rzeczywiście konkurujemy ze sobą, mimo że jestem członkiem rady nadzorczej Danone Polska, a przedstawiciele Francuzów są w radzie nadzorczej Bakomy. Zgodnie z naszą umową, władza w spółce na razie zostanie w moich rękach, a koncern nie wycofa się z inwestycji.
Czyli ma zamiar odkupić Pańskie akcje? Jeśli tak, to kiedy i na jakich warunkach?
Przygotowując tę umowę liczyłem się z tym, że pewnego dnia wycofam się z biznesu. Umowa z inwestorem nie przewidywała jednak żadnych terminów i na razie nie planuję odsprzedania Bakomy. Zamierzam wprowadzić spółkę do Unii Europejskiej i kierować nią jeszcze przez pięć lat, do emerytury. A dalsze decyzje w sprawie firmy pozostawię dzieciom. Jedno jest pewne: tak długo, jak wartość Bakomy będzie rosła, zawsze będzie ona łakomym kąskiem dla Danone. A liczby mówią same za siebie. Udział Bakomy w rynku jogurtów sięga 22-proc., niewiele mniej niż Danone.
Ile Pan zarobił na sprzedaży akcji spółki? Musiało to być niemało, skoro dzięki temu kapitałowi rozpoczął Pan duże inwestycje w branży zbożowej?
Francuzi zapłacili za jedną akcję średnio 55 zł. To były bardzo duże pieniądze jak na tamte czasy, które pozwoliły mi rozpocząć budowę grupy przetwórstwa zbożowo-młynarskiego. Bez tych pieniędzy nie byłoby to możliwe.
Czy elementem tej transakcji będzie także Bakoma Nova, spółka zależna Bakomy, specjalizująca się w wytwarzaniu sery i twarogi?
Oczywiście. Właścicielem Bakomy Nova jest przecież Bakoma.
A co z branżą zbożową? Pierwsze młyny zaczął Pan kupować pod koniec lat 90. Obecnie holding Polskie Młyny ma prawie jedną piątą rynku przetwórstwa zbożowego. Czy planowane na koniec tego roku włączenie do holdingu kolejnych zakładów (PZZ Kielce) oznacza koniec budowy koncernu?
— Nie. Do tej pory działalność grupy opierała się na mące. Teraz, po konsolidacji, chcemy zdywersyfikować produkcję, a także podwoić obroty w elewatorach. Obecna pojemność naszych magazynów sięga 660 tys. ton, a obrót w nich powinien wzrosnąć do 1,2 mln ton w ciągu 3 lat. Prowadzimy już rozmowy w sprawie zakupu kolejnego elewatora, tym razem na Lubelszczyźnie. Poza tym restrukturyzujemy i modernizujemy nasze młyny, m.in. w Nakle i Oleśnicy. Chcemy przerabiać nie tylko pszenicę i żyto, ale także kukurydzę, jęczmień i rzepak. Przymierzamy się do produkcji oleju rzepakowego i mamy już zezwolenia. Chcemy zbudować tłocznię oleju w specjalnej strefie ekonomicznej w Tychach. Ma on trafiać do Rafinerii Trzebinia. Pierwszeństwo ma jednak inna inwestycja. Chcemy wybudować dużą i nowoczesną fabrykę etanolu. Prowadzimy w tej sprawie rozmowy z inwestorami finansowymi i branżowymi.
Ile pochłonie ta inwestycja i jak zamierzacie ją sfinansować?
Około 240 mln zł. Chcemy ją zlokalizować na Śląsku Opolskim. Dopiero te inwestycje pozwolą grupie ruszyć pełną parą — tak by poważnie myśleć o walce z zagraniczną konkurencją. Wszystkie planowane przez nas w najbliższych trzech latach inwestycje na rynku zbożowym powinny osiągnąć wartość 500 mln zł. Zamierzamy je finansować ze środków własnych, pieniędzy inwestorów, kredytów bankowych i funduszy unijnych. W grę wchodzą też fundusze amerykańskie, bo fabrykę etanolu zbudujemy wykorzystując amerykańską technologię.
W jakim celu buduje Pan grupę zbożową? Po to, by ją potem sprzedać?
Chciałbym tę firmę bardzo wzmocnić, a potem przekazać spadkobiercom. Oni zrobią z nią to, co uznają za stosowne. Jeżeli jednak mnie zostawią decyzję, nie pozostanie mi nic innego jak sprzedaż, a potencjalnych nabywców nie brakuje. Wśród nich jest wielu europejskich potentatów. Warto tu dodać, że kiedy przejmowałem przedsiębiorstwa zbożowe wchodzące obecnie w skład Polskich Młynów, były one bliskie upadłości. Żeby sytuację uzdrowić, trzeba było w nie zainwestować prawie 100 mln zł. Dzięki temu dziś przynoszą zysk. W ubiegłym roku 10 mln zł netto, podobnie powinno być w tym roku. Żadna z moich firm, których łączne obroty przekroczyły 1 mld zł, nie przynosi strat.
Jest Pan też udziałowcem Warszawskiej Giełdy Towarowej. Spółka nie radziła sobie najlepiej w ostatnich latach. Jaki ma Pan pomysł na jej przyszłość?
To jest problem. Decydując o jej przyszłości, musimy dobrze przyjrzeć się podobnym giełdom w Niemczech i Francji: jak sobie radzą i funkcjonują. Myślę, że giełda towarowa w Polsce jest potrzebna. W mojej działalności biznesowej nie odgrywa jednak wielkiej roli.
Pańska rodzina ma też udziały w spółce Polma, która dzierżawi atrakcyjne grunty w centrum Warszawy koło byłego kolejowego Dworca Głównego. Od kilku lat spółka próbuje tam rozpocząć dużą inwestycję komercyjną. Na jakim etapie jest jej realizacja?
Polma dzierżawi te grunty od PKP, choć wygrała przetarg na ich zakup i wpłaciła wadium. Niestety, warunkiem finalizacji transakcji była zgoda ministra infrastruktury, a wicepremier Marek Pol do dzisiaj, nie wiedzieć czemu, nie wyraził zgody na ich sprzedaż. Zrobiono też wokół tego przetargu wiele nieuzasadnionego hałasu. Tymczasem nie było w nim żadnych nieprawidłowości, a wszczęte postępowanie prokuratorskie umorzono. W międzyczasie udało się nam uzyskać prawomocne zezwolenie na budowę. Rozpoczniemy ją na bazie wieloletniej umowy dzierżawy terenu.
Kiedy ruszy budowa i ile będzie kosztować projektowany obiekt?
Budowa ruszy w tym roku. Kosztem 480 mln zł chcemy postawić centrum handlowo-usługowo-biurowe, w którym znajdzie się m.in. salon samochodowy, biurowiec, pasaże handlowe i hotel. Powierzchnia obiektu wyniesie 160 tys. mkw.
18 marca na Pański wniosek Sejm uchylił immunitet poselski Andrzejowi Lepperowi, co umożliwi pociągnięcie go do cywilnej odpowiedzialności sądowej w wytoczonej mu przez Pana sprawie. Chodzi o biznes, czy jest to starcie Samoobrony z PSL?
To starcie Komorowski-Lepper, choć rzeczywiście można je różnie interpretować. Zaczęło się od wysypania przez działaczy Samoobrony na tory około 100 ton importowanego przeze mnie zboża. Byłem wygodnym obiektem do ataku. Lepper chciał pokazać, jak podły jest PSL, którego posłowie niszczą polskie rolnictwo importując zboże. Prawda jest taka, że sprowadziliśmy 25 tys. ton wysokiej klasy niemieckiej pszenicy, by poprawić jakość naszej mąki. Gdyby było tak, jak twierdziła Samoobrona, że to plewy, odchody szczurów i mieszanki zbóż, ziarno nie przeszłoby przez granicę. Na granicy są instytucje rządowe, które badają importowane towary rolne. Z wysypanego zboża działacze Samoobrony wzięli próbki, do których mogli dosypać co chcieli. Potem Lepper publicznie mówił, że laboratorium w Bydgoszczy wykryło nitrofen — pestycyd, którego nie można stosować w Polsce od lat 80. My zbadaliśmy zboże aż w trzech laboratoriach: w Poznaniu, Wrocławiu i Helsinkach, które jednoznacznie wykluczyły obecność nitrofenu. Założyłem więc Andrzejowi Lepperowi dwa procesy cywilne: jeden wspólnie z zakładami zbożowymi Szymanów i drugi z Bakomą. Oba procesy są w toku. Takie same procesy wytoczyłem posłance Beger i posłowi Łyżwińskiemu, z którym już wygrałem. Niestety, sądy rozpatrują takie sprawy bardzo wolno. Może za pięć lat zapadnie wyrok ostateczny i prawomocny. Taka jest Rzeczpospolita.
Co Panu da wygrana w procesach?
Będę miał prawomocne orzeczenie sądu, które stwierdzi, że Lepper kłamie. Jednak na razie on ciągle opowiada te kłamstwa o zatrutym zbożu w każdym niemal programie, do którego go zapraszają. Ostatnio na przykład zrobił to w TVP w „Linii specjalnej” Barbary Czajkowskiej. Jest bezkarny.
Czy są jakieś konsekwencje biznesowe tych działań i wypowiedzi szefa Samoobrony?
— Oczywiście, że tak. Z powodu wielokrotnie publicznie powtarzanych przez Leppera kłamstw Bakoma poniosła straty rzędu milionów złotych. Spadła sprzedaż.