Wierchuszka UE zjedzie do Polski

Jacek Zalewski
opublikowano: 2011-02-18 00:00

Minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski wczoraj w samo południe obwieścił triumfalną i sensacyjną wieść, że poświęcony partnerstwu wschodniemu szczyt Rady Europejskiej odbędzie się w czasie naszej półrocznej prezydencji w Polsce. Ekskluzywną depeszę z Brukseli na ten temat PAP upowszechniła ponad godzinę wcześniej — media to jednak świntuchy, zepsują politykom każdą radość…

Od czasu, gdy odbywające się raz na kwartał planowe posiedzenia Rady Europejskiej na stałe gości gmach Justus Lipsius w Brukseli, każda kolejna prezydencja kombinuje, by znaleźć pretekst do chociażby krótkiej zbiórki unijnej wierchuszki u siebie. Zwłaszcza że po objęciu stałego kierownictwa szczytów przez Hermana Van Rompuya pozycja premiera państwa sprawującego półroczne przewodnictwo radykalnie się obniżyła. W Brukseli jest tylko postacią dodatkowo siedzącą za stołem prezydialnym, za to u siebie staje się współgospodarzem całą gębą. Nie tylko wobec partnerów, nieporównanie ważniejsze jest zrobienie mocarstwowego wrażenia na własnych rodakach. Stąd taka duma rządu, że we wrześniu lub październiku do Warszawy wpadną na kilka godzin szefowie państw i rządów całej Unii Europejskiej, a także udziałowców partnerstwa wschodniego: Armenii, Azerbejdżanu, Białorusi, Gruzji, Mołdawii i Ukrainy. Ten szczyt planowany był w maju w Budapeszcie, ale Węgrzy realnie ocenili kalendarz jako za ciasny i przekazali imprezę bratankom Polakom. Z tym, że premier Viktor Orban będzie razem z Donaldem Tuskiem współgospodarzem, rzecz jasna tytularnym.

Narodową dumę zakłóca kilka niewygodnych pytań. Po pierwsze — jak i przez kogo szczyt odbywający się tuż przed wyborami zostanie rozegrany w krajowej kampanii. Po drugie — jaki może być jego konkretny dorobek dla ożywienia współpracy gospodarczej ze Wschodem, jeśli się uwzględni, że cała ta inicjatywa wyjątkowo nie podoba się Rosji, trzymającej w naszym regionie wszystkie nitki, zwłaszcza energetyczne. Po trzecie — co jako gospodarze zrobimy, gdy Białoruś oficjalnie zechce reprezentować Aleksander Łukaszenko, wpisany na unijną czarną listę. Na inaugurację partnerstwa wschodniego przysłał do Pragi wicepremiera, ale teraz może mieć kaprys…