W środę indeks WIG20 wyzerował straty związane z wojną w Iranie, a nawet wyszedł lekko powyżej poziomu z 27 lutego (ostatni dzień przed atakiem USA). Mowa tutaj o indeksie liczonym w dolarach, a więc już z uwzględnieniem efektu deprecjacji polskiej waluty. Dla porównania, w tym okresie niemiecki DAX stracił 6 proc., francuski CAC40 5 proc., a brytyjski FTSE100 2,5 proc.
Żeby było ciekawiej, polski indeks największych spółek zachował się w omawianym okresie minimalnie lepiej niż amerykański S&P 500, grupujący największe firmy w tym kraju, choć to USA są bezpieczną przystanią i jako eksporter ropy krajem mało narażonym na skutki wzrostu cen surowców. WIG20 liczony w dolarach od 27 lutego zyskał 0,9 proc., a S& P500 stracił 1,8 proc. (dane na 17.00 czasu polskiego w środę).
Odporność polskich akcji jest dość zaskakująca na tle tego, że Polska jest wrażliwa na efekty kryzysu energetycznego. Jest gospodarką bardziej energochłonną niż średnia europejska, zużywając o jedną czwartą więcej energii na jednostkę PKB niż na przykład Niemcy. Istotną część ropy (ok. połowy) i gazu (ok. 10 proc.) importuje z Bliskiego Wschodu. Ma też słabiej zakotwiczone oczekiwania inflacyjne, co znaczy, że łatwiej może dochodzić w Polsce do ogólnego wzrostu cen w reakcji na skok cen paliw.
Co sprawiło, że w takich warunkach inwestorzy nie odwrócili się od Polski? Zachowanie indeksów giełdowych w ciągu miesiąca może niewiele mówić o fundamentach gospodarek, ale mimo to można dopatrywać się kilku ekonomicznych powodów odporności polskich akcji.
Przede wszystkim Polska ma dobrze zabezpieczone dostawy energii – lepiej niż wiele innych krajów europejskich. Wprawdzie dużą jej część importuje z Bliskiego Wschodu, ale importerzy budowali wysokie zapasy przed wojną. A w zakresie gazu za bardzo dużą część dostaw odpowiadają złoża Orlenu w Norwegii. Co więcej, oparcie produkcji elektryczności na węglu też w krótkim okresie zapewnia istotny bufor bezpieczeństwa. Dlatego ten kryzys energetyczny nie musiał dotknąć polskiej gospodarki w bardzo głębokim stopniu.
Jeszcze ważniejszy może być fakt, że polski wzrost gospodarczy i zyski spółek są zabezpieczane przez wysoki napływ funduszy europejskich. To powinno wspierać wzrost gospodarki nawet w sytuacji osłabienia popytu wewnętrznego.
Istotnym elementem jest struktura branżowa spółek giełdowych. Wysoki udział w indeksach mają spółki energetyczne, z których część korzysta na kryzysie, bo generują większe marże na wydobywaniu i przetwarzaniu surowców (jak Orlen). Banki z kolei korzystają na zakończeniu cyklu obniżek stóp procentowych.
Warto zatrzymać się na chwilę przy bankach, bo ceny ich akcji w Polsce zachowywały się w ostatnich tygodniach wyraźnie lepiej niż na zachodzie Europy. Powodem może być to, że polskie banki nie mają ekspozycji na segment private credit, który jest dziś narażony na falę niewypłacalności. O ekspozycji na ten rynek informował w marcu Deutsche Bank, a wśród inwestorów istnieją obawy, że mogą w tym segmencie tlić się zalążki kryzysu finansowego. Polski dotyczy to w małym stopniu.
