Wina w akcji

Wojciech Surmacz
opublikowano: 2005-06-22 00:00

Szampańskie walory i wytrawni gracze… Na parkiecie debiutuje Ambra, producent win musujących. Będzie kac czy euforia?

Warszawska, czyli główna siedziba Ambry przy Puławskiej. Obecni: Claudius Hilla — prezes, Robert Ogór — wiceprezes i Anna Krajewska — szefowa agencji NBS PR. Ląduje przed nimi raport „Oferta publiczna Ambra SA. TIPS and TRICKS by SSW. Mieszanie kapitałem co najwyżej przemieszcza go w stronę mieszających”.

— To raport Supłacza. Z pewnością znacie państwo treść?

— Tak — odpowiada Robert Ogór.

— Jarosław Supłacz sporo miejsca poświęca Sektkellerei Schloss Wachenheim, pisze na przykład: „SSW podmiot nadzwyczaj zadłużony…”.

Prezes Hilla nie kryje sarkazmu, zastanawia się, czy Supłacz nie planuje przypadkiem inwazji na rynek niemiecki?

— Wszyscy szanujący się dziennikarze giełdowi się z niego śmieją — słychać.

— Napisał ten raport z własnej inicjatywy?

— Tego nie wiemy — wciąż lakonicznie prezes Ogór.

Claudius Hilla — ze stoickim spokojem — nazywa rzeczony raport incydentem w drodze na giełdę. Nie lekceważy go, ale i nie nadaje mu nadzwyczajnej rangi

— Dostrzegliście jeszcze jakieś inne dziwne zachowania?

Robert Ogór milcząco zaprzecza, zaczyna go bawić zdawkowość.

— Nie. Spotykaliśmy się w Niemczech, Austrii, Anglii i Polsce z blisko 80 inwestorami. Widzieliśmy bardzo ciepłe reakcje. W Wiedniu dostaliśmy owację na stojąco po prezentacji prospektu. Mówię poważnie — zapewnia Hilla.

— Pan pierwszy raz wchodzi na giełdę?

— Tak. Wielkie przeżycie. W życiu menedżera nie zdarza się często.

— Dużo czasu wam zajęło wprowadzenie spółki na parkiet. Kiedy zapadła decyzja?

— Dziewięć miesięcy temu.

— Jak ciąża… Pewno nie spaliście po nocach…

— Dokładnie. Na pewno można było szybciej, ale zależało nam na jakości prospektu emisyjnego. Szczegółowo pokazaliśmy w nim każdą ze spółek zależnych… To wymagało staranności i czasu.

— Często opinia publiczna koncentruje się na produktach i sukcesach naszej działalności na polskim rynku. Zapomina się o naszych spółkach z Czech, Słowacji i Rumunii. Ich dynamika wzrostu jest bardzo duża — rozkręca się wiceprezes Ogór.

— Jaki będzie kurs debiutu?

— Niestety, nie mamy takiej wiedzy. Pozostawiamy rynkowi ocenę naszej działalności.

— Dzień po debiucie w dół, czy w górę?

Cisza.

— Na pewno macie państwo jakieś prognozy…

Claudius Hilla uderza w oficjalny ton:

— Celem zarządu jest zwiększenie wartości spółki dla naszych akcjonariuszy. Czy osiągniemy cel już pierwszego dnia? Miejmy nadzieję.

Kowbojskie czasy

Wytwórnia win musujących w Woli Dużej pod Biłgorajem. Ambra. Uprzejmi ochroniarze kierują wprost do biura…

— Tam już czeka Mietek — rzuca przez ramię jeden z nich.

Brama, jeszcze cztery miesiące temu dla „Pulsu” zaryglowana — szeroko otwarta…

— Wtedy Polmos Lublin debiutował pod presją czarnego PR. Obawiałem się, że cokolwiek powiemy, ktoś użyje przeciwko Januszowi Palikotowi. No i pracowaliśmy już nad własnym prospektem emisyjnym. Zależało nam na ciszy — tłumaczy Claudius Hilla.

Przyznaje — absolutny zakaz kontaktu z mediami, to jego decyzja. Już nieaktualna.

Jak to się zaczęło? Janusz Palikot, filozof o zacięciu biznesowym, na początku lat 90. pojechał do Włoch szukać producentów wina.

— Na wariata — kowbojskie czasy! O 5 rano wyjeżdżało się z Biłgoraja rozklekotanym mercedesem, dojeżdżało się późnym wieczorem pod Wenecję... Włosi proponowali niskie ceny. Ale po doliczeniu polskich opłat, podatków, ceł — wychodziła w Polsce zaporowa cena dla masowego klienta — wspominał Janusz Palikot w reportażu „Chłopak z Biłgoraja” („PB” z 22.02.2005 r.).

Włosi zaproponowali mu zbudowanie fabryki wina w Polsce. Założyli razem spółkę Canelli. W grudniu 1992 r. ruszyła mała rozlewnia w Biłgoraju (produkcja Dorato, do dziś marki nr 1 w sektorze win musujących). 16 tys. butelek sprzedało się w pierwszy dzień! Kolejnym krokiem Palikota był zakup zakładu naprawy torów kolejowych linii hutniczo-siarkowej w Woli Dużej. Biurowca i kawałka hali…

Janusz Luty, główny technolog — od początku w Ambrze — w firmie czuje się jak ryba w wodzie:

— Prócz gotowego wina zaczęliśmy sprowadzać zagęszczone soki gronowe. Z nich odtwarzaliśmy naturalny sok, poddawaliśmy naturalnej fermentacji i dalszej obróbce: stabilizacji, kupażowaniu, dosładzaniu… Rozbudowaliśmy gamę — wina z importu plus produkowane w Polsce z wykorzystaniem surowców z zagranicy.

W latach 1991-94 sprzedaż wzrosła z 57 mld do 550 mld starych zł! Palikot powołał do życia spółkę Ambra. W 1994 r. 25 proc. udziałów — za 6 mln marek — objął niemiecki producent wina Sektkellerei Schloss Wachenheim (SSW) AG z Trewiru. Niemcy gwarantowali know-how, 2 mln marek w gotówce (zabezpieczenie kredytu inwestycyjno-obrotowego) i aport.

— Wnieśli linię rozlewniczą i część pojemników. Umożliwili produkcję nowego asortymentu — win gronowych musujących. Gotowe wino, zakupione gdzieś tam na Południu, poddajemy naturalnej fermentacji i tak nasycamy dwutlenkiem węgla — wyłuszcza szczegóły technolog Luty.

W roku 1999 Niemcy mieli w Ambrze już ponad 50 proc. udziałów, pozostała część należała jeszcze do braci Bogdana i Janusza Palikotów. 28 lipca 2002 r. Janusz ogłosił decyzję o przejściu ze stanowiska prezesa Ambry na przewodniczącego rady nadzorczej — wtedy już był mocno zaangażowany w lubelski Polmos. Ostatnie 9 proc. sprzedał niemieckiemu partnerowi pod koniec 2003 r. — by spłacić zobowiązania wynikające z umowy prywatyzacyjnej. Po czym (wraz z bratem) zupełnie wycofał się ze spółki. Po starym właścicielu dziś pozostało już tylko wspomnienie. Mietek, czyli Mieczysław Obszański, specjalista ds. administracyjnych w Woli Dużej, nie wie czy może…:

— Janusz Palikot? Stanowczy, surowy, oschły. Nie miał czasu na zbędne dywagacje…

Mały kłamczuszek

— Znalazłem pański raport o Ambrze.

— No jest trochę napisane — wesoło zauważa Jarosław Supłacz.

— Dlaczego akurat o Ambrze? Jest tyle innych debiutów?

— Nie ma konkretnego powodu. Po prostu nie wybiera się dwóch ofert naraz.

— Opublikował pan do tej pory raporty na temat zaledwie kilku spółek. Dlaczego?

— Nie zastanawiałem nad wyborem.

— Znaczy bierze pan pierwszą z brzegu?

— Nie. Ale może akurat ta branża mnie zainteresowała? Na przykład Lotos, powiem szczerze, nie interesował mnie. Z góry wiedziałem, że to nie jest atrakcyjny debiut.

— Był debiut Polmosu Lublin, ale nie widziałem pańskiego raportu.

— A to też, wie pan… Powiem szczerze, ta spółka mnie nie interesowała… To nie jest tak, że się wszystkie prospekty czyta. Sam pan wie, że jest ich… Ile? Kilkanaście już w tym roku było, podejrzewam… Nawet połowy bym nie wymienił. Zawsze to jakiś przypadek.

— Ale co pana zainteresowało w ofercie Ambry?

— Nie tyle oferta, co branża mnie interesuje…

— Jak racjonalne są wnioski, które zawarł pan w swoim raporcie?

— Kto chce, niech przeczyta i sam oceni. Przecież to wszystko jest weryfikowalne… Każdy ma swój punkt widzenia. Ktoś może mieć inny od mojego.

— Po co pan to robi?

— A jaki jest cel publikowania artykułów przez „Puls Biznesu”?

— Informowanie opinii publicznej o konkretnych wydarzeniach gospodarczych.

— Mój też taki jest.

Od 3 lat Jarosław Supłacz w swoim serwisie Poland Securities publikuje raporty krytyczne o spółkach — tuż przed ich debiutem na giełdzie. Można je znaleźć także w witrynach internetowych Ligi Polskich Rodzin i Nowej Lewicy.

Supłacz szczyci się tym, że przyczynił się do opóźnienia debiutu potęg — jak ITI i Hoop. Plotka mówi, że ponoć nie wszystkie jego prace oglądają światło dzienne. Mówi i to, że większość — szczodrze opłacona — spoczywa w szczelnie zamkniętych szufladach przerażonych prezesów. Fałszywe pogłoski? Supłaczowi nikt tego nigdy nie udowodnił, choć prób nie brakowało. Ot, choćby tekst „Hoop przesunięty, czyli bajka z morałem” („Rzeczpospolita” z 19 lipca 2003 r.). Przez samego Supłacza dość zjadliwie i frywolnie komentowany. „Gwiazdowski, ty mały kłamczuszku!” — napisał, odnosząc się do wypowiedzi prezydenta Centrum im. Adama Smitha.

— Pan pozwoli, że nie odniosę się do tego określenia. Powiem tylko, że raporty pana Jarka może by i coś dzisiaj znaczyły, bo ich treść nawet ma sens. Ale iście rekieterskimi formami działania, Supłacz strzelił sobie w kolano i dzisiaj już nikt na niego nie zwraca uwagi. A szkoda, bo z perspektywy czasu wydaje się, że na przykład w przypadku notowań spółki Hoop miał sporo racji — Robert Gwiazdowski zachowuje klasę.

Kamień filozoficzny

SSW od początku starał się zdominować polski rynek wina we wszystkich kategoriach. W 1998 r. Ambra przejęła markę Cin&Cin. Niemcy wzmocnili „portfel win” i zdobyli pozycję lidera w kategorii wermutów. Rok później opracowali prognozę rynku wina w Polsce na najbliższe 5-10 lat. Wyszło, że powinni uderzyć w dwa sektory. Pierwszy: wina importowane klasyczne (z przedziału cenowego 15-45 zł), masowo kupowane przez klientelę supermarketów. Drugi: wina z górnej półki (tzw. fine wine).

— Ta druga nisza to był powód powołania do życia — w 1999 roku — spółki Centrum Wina. Posiada ona cztery sklepy specjalistyczne, które przez ostatnie dwa lata były terenem testów właściwego modelu sieci. Po to wchodzimy na giełdę, by m.in. takie projekty przyspieszyć — zaznacza Claudius Hilla.

Pod koniec lat 90. Ambra skompletowała najbogatszą gamę win w kraju. Teraz znajdują się w nim takie marki, jak: Dorato, Cin&Cin, Fresco czy „winopodobne”, przeznaczone dla dzieci Piccolo. Spółka chce uzyskać z oferty publicznej około 90 mln zł. Zarząd deklaruje, że przeznaczy całość na inwestycje. „W tym przejęcia nowych marek win oraz firm z branży w Polsce i Europie Środkowej i Wschodniej” — głosi komunikat spółki z 16 maja 2005 r. Trzy dni później kolejna wiadomość: „Soare Sekt, czeska spółka zależna Ambra, kupiła 80 proc. udziałów firmy Vinarstvi Zajeci, producenta win morawskich. Wartość transakcji wyniosła 4,1 mln zł”. Zresztą im bliżej debiutu, tym więcej ciekawych wiadomości. Nie wszyscy na przykład słyszeli o spotkaniu filozofów...

— Kto był w Ambrze filozofem poza Palikotem?

— Ja jestem — nieśmiało wyjawia Robert Ogór.

— No i przyznaj się, że wcześniej z Januszem Palikotem… — zachęca go prezes Hilla.

— No, znaliśmy się od dawna. Spotkaliśmy się jeszcze przed wielkim biznesem, na KUL. Sprowadzenie kapitału niemieckiego do Biłgoraja to była moja sprawka… Dlatego można powiedzieć, że ten cały projekt w jakiejś tam części jest…

— Filozoficzny?

Uśmiech na twarzy Ogóra:

— Chciałem raczej powiedzieć: wspólny — mój i Janusza Palikota. Łączy nas filozofia i pasja do wina…

— Pracował pan w Ambrze przed wejściem Sektkellerei Schloss Wachenheim?

— Nie. Byłem w Niemczech. Tam zresztą skończyłem filozofię na uniwersytecie w Heidelbergu…

Robert Ogór ucina nieformalny wywód:

— Wykorzystując sukces Ambry przed przystąpieniem SSW, zyskaliśmy większe możliwości przyśpieszonego pozyskiwania polskiego rynku we wszystkich segmentach konsumpcji wina — aktualnej i przyszłej.

Roztoczańskie zające

— Będąc spółką prywatną, od samego początku poddawani jesteśmy rygorom rynkowym. Tu nigdy nie było osłon, parasoli, dotacji. Musieliśmy sobie radzić sami. Dlatego nie ma obaw przed debiutem — Mieczysław Obszański jest pewny siebie.

— To tylko kolejny krok w rozwoju firmy. Informacje, że pieniądze pozyskane z giełdy zasilą dalsze inwestycje, tylko utwierdzają nas w przekonaniu, że możemy spać spokojnie — uzupełnia Janusz Luty.

Obaj panowie z dumą prezentują wytwórnię w Woli Dużej. A jest się czym chwalić. Wewnątrz niemiecki porządek: sterylnie, nowocześnie, wszystko na swoim miejscu. Wokół Roztoczański Park Narodowy. Spółka musiała sporo wydać na ochronę środowiska — oczyszczalnia ścieków, supernowoczesne filtry powietrza. Efekt? Ludzie z sąsiedztwa biorą wodę w pobliskich źródełkach. Przed biurowcem — autentyk! — pasą się zające. Widać pieniędzy nie wyrzuca się tu w błoto.

— Niestety do mnie już żadne podatki od nich nie docierają. Już nawet nie pamiętam, kiedy się wyprowadzili do Warszawy. Ubolewam. Ale za to jest to wspaniała firma, bo we wszystkich przedsięwzięciach regionalnych pomagają — chwali Janusz Rosłan, burmistrz Biłgoraja.

— Zatem pamiętają?

— Jak najbardziej.

— Przy jakich okazjach ostatnio się udzielali?

— Sponsorowali Dni Biłgoraja. Pomogli przy organizacji konferencji miast partnerskich. Finansują większość społecznych przedsięwzięć, na które brakuje pieniędzy…

— Ale sporo się zmieniło po odejściu Palikota, co?

— Pana Palikota już nie ma, ale jest pan dyrektor Nowak, bardzo z miastem związany. I w Funduszu Lokalnym Ziemi Biłgorajskiej działa, i współpracuje z Biłgorajską Agencją Rozwoju Regionalnego. Może pan tego nie pisze, ale swoich ludzi wciąż w Ambrze mamy. Zresztą nie mam prawa mówić, że pan Claudius Hilla nie jest naszym człowiekiem. Po prostu nie pochodzi z Biłgoraja… Od kilku dni usiłuję się z nim zobaczyć — list gratulacyjny od miasta wręczyć. Na razie bezskutecznie…

— Trzeba go zrozumieć, na giełdę wchodzi. To nie żarty…

— Poczekam cierpliwie.

Możesz zainteresować się również: