Marek Konrad przekonuje: Zajęcie się winem nie było próbą zwrócenia na siebie uwagi. Przeciwnie — to zejście z firmamentu. Ukrycie się i poszukiwanie zmysłowości z dala od zgiełku.
Jego filmografia zawiera blisko sto pozycji, począwszy od "Historii żółtej ciżemki" z 1961 r., przez takie filmy, jak: "Zaklęte rewiry", "CK Dezerterzy", "Pułkownik Kwiatkowski" "Operacja Samum", "Pan Tadeusz", po "Dzień Świra" i "Wszyscy jesteśmy Chrystusami" (2006). Jako Adaś Miałczyński pierwszy raz pojawił się w filmie Marka Koterskiego "Dom wariatów" z 1984 r. Zagrał wiele ról teatralnych, w filmach telewizyjnych, jak "Ekstradycja" czy "W labiryncie", w "Kabareciku" Olgi Lipińskiej, kilku fimach zagranicznych.
Z urodzenia Krakus, ale liceum i studia kończył w Warszawie.
Piosenka "Mydełko Fa", którą zaśpiewał w 1991 r. stała się utworem obowiązkowym na potańcówkach, weselach i w repertuarze plażowych rozgłośni w całej Polsce.
Wspólnie z Bogusławem Lindą, Zbigniewem Zamachowskim i Wojciechem Malajkatem stworzył restaurację Prohibicja, która szybko przerodziła się w sieć franczyzową.
Wieloletnia twarz banku i funduszy ING.
Żonaty, dwóch synów — Wojciech i Mikołaj. Wojciech jest muzykiem. Mikołaj prowadzi z ojcem winiarski biznes.
WWinarium przy Wierzbowej w Warszawie nie przypomina chłodnej, mrocznej hiszpańskiej bodegi czy enoteki w starych włoskich murach. Nowoczesne wnętrze, przeszklone i doświetlone, z antresolą, gdzie odbywają się degustacje. Z góry świetnie widać ściany z półkami pełnymi butelek — kolekcje Marka Kondrata, z których jest dumny. Ten winiarski biznes trwa już sześć lat. A jego właściciel w październiku kończy lat sześćdziesiąt. Brakuje jeszcze jednej szóstki, by zawołać: Omen! Ale — jak twierdzi Marek Kondrat — to naturalna kolej rzeczy. Kolejny etap.
— Przyszedł taki moment w życiu, który zwrócił moją uwagę na moje naturalne potrzeby, związane z tym, co prawdziwie zmysłowe i co ma według mnie sens — wyjaśnia.
I nie zamierza zawracać.
By nie skapcanieć
Winiarska działalność to wyraz fascynacji trwaniem. Kulturową ciągłością, tradycją, związkiem z naturą.
— Dzięki tej pasji i nowej profesji poznałem ludzi, którzy w tym samym miejscu uprawiają winorośl w 24., 25. pokoleniu. A jedynym ich panem jest natura. Słońce, deszcz w odpowiednim czasie... I ten sam cykl co roku. Niczego w produkcji wina nie da się przyspieszyć — kwitnienie, owocowanie, zbiór odbywają się w tym samym rytmie. To niesłychanie pociągająca i frapująca kraina. Otwiera mi świat, który porozumiewa się tymi samymi kodami: smaku, zapachu, relacji człowieka z naturą — opowiada Marek Kondrat.
Wcześniej spróbował być restauratorem, współtworząc Prohibicję. Być może już wtedy szukał miejsca, gdzie mógłby wyemigrować z aktorstwa. A może wtedy to było tylko przedsięwzięcie towarzyskie?
— Biznes to część mojego obecnego życia, która mnie dyscyplinuje. W moim wieku to bardzo potrzebne, bo pozwala nie skapcanieć. I po raz pierwszy mam na swoje życie wpływ jednostkowy. Widzę, jak to, co inwestuję, zamienia się w radość i rzecz zupełnie wymierną — twierdzi Marek Kondrat.
Nieaktor
Nad wejściem do Winarium na tabliczce wyryto: Marek Kondrat i Syn. Przed oczami stają sceny z Koterskiego, robienie dzióbka, odmiana angielskich czasowników… Za chwilę, kiedy Kondrat żartuje, staje się pułkownikiem Kwiatkowskim, a gdy ryknie śmiechem — szeregowym Kaniowskim "Kanią" z cesarsko-królewskiej armii…
W 2007 r. oświadczył, że rzuca aktorstwo. Musiał się z tego tłumaczyć — dziennikarzom, widzom, zapewne i kolegom aktorom. Teraz mówi o tym z większym dystansem.
— Do tej pory byłem zdany na to, co mi życie przyniesie. A było dosyć szczodrobliwe, bo jako aktor byłem wykorzystywany w sposób absolutnie wystarczający i satysfakcjonujący. Ale przyszedł taki moment, że przestało mnie to kręcić. I razem z nową profesją zmienił się cały mój styl życia. W moim nowym świecie spotykam się z czymś, co twa. Mam swoje kolekcje, pięćset etykiet, a z każdej wyziera jakaś znajoma twarz — człowieka, którego odwiedziłem na miejscu. Tam, gdzie to swoje wino robi — przekonuje Marek Kondrat.
Więzi z kolegami aktorami siłą rzeczy się rozluźniły. Do Winiarium wpada czasem ktoś z Narodowego, bo to blisko.
Pora owocowania
Marek Kondrat robi wrażenie zadowolonego ze swoich wyborów. Z ostatnich lat i z tamtych, aktorskich. Swój pomysł na życiową "porę owocowania" ubrał w konkretny biznes. Ma już w kraju dziesięć sklepów, w których poza winem można dostać trochę wiedzy i... doznań smakowych — indywidualne kursy o winie i warsztaty winiarskie dla firm. Wszystko, rzecz jasna, połączone z degustacją.
— Jestem pasjonatem, nigdy nie uważałem się za człowieka, który zna się na winie. Poważam je, lubię, potrafię rozróżnić białe od czerwonego. Ale nasza firma gromadzi ludzi wykształconych, z dużą wiedzą o winach. Oni uczą o szczepach win, doboru win do posiłków, czym jest białe, czym czerwone, czym różowe, historii wina… Wszystkiego, co może się przydać na pewnym, powiedzmy pierwszym poziomie wtajemniczenia. Bo to wiedza ogromna, łącząca wiele dziedzin — twierdzi Marek Kondrat.
I dodaje, że wolno, krok po kroku, tę sieć rozwija z zamiarem sprzedawania wina z jego osobistym piętnem, bo tworzy kolekcję według własnego gustu i tylko u niego jest dostępna.
Nie wskazuje ulubionego gatunku. Ale kiedy zacznie już mówić o winie, trudno mu przerwać. Widać, że lubi temat.
— Wiele zależy od pory roku, pory dnia, towarzystwa, tego, co jem... To samo wino w innym towarzystwie zupełnie inaczej smakuje. Poza tym my sami się zmieniamy — jednego dnia smakuje mi to, drugiego coś innego. Oczywiście w chłodne dni więcej się pije wina czerwonego, które jest cięższe w smaku i aromacie. Zawiera więcej garbników i powinno mu towarzyszyć obfitsze jedzenie. Dlatego dla wina ważna jest również pora dnia. Białe jest w zasadzie odpowiednie dla ciepłej pory roku, ale są też godziny lunchowe, kiedy chętniej się wybiera wino białe, lżejsze. Poza tym są indywidualne preferencje. Amerykanie piją niemal wyłącznie wina białe. Klimat ma oczywiście znaczenie, ale są miejsca, np. we Francji, w regionie Bordeaux, gdzie powstają wina ciężkie, wymagające dojrzewania, a tam na miejscu to bordeaux chętnie piją w postaci młodych, lekkich win, z pominięciem dojrzewania — opowiada z pasją.
Styl życia
Intencją Marka Kondrata jest pokazanie wina jako elementu kultury.
— Staram się o winach opowiadać ludziom w Polsce, bo niewiele o nich wiemy. Ale to się zmienia. Ludzie więcej podróżują. Uczą się, że wino nie jest tylko napojem. Że jest cywilizacją, kulturą, że towarzyszy człowiekowi w rozmowie, która trwa dłużej... Przy winie człowiek jest otwarty, ale nie namolny. I nie jest agresywny, jak po mocniejszych trunkach — twierdzi.
Jak mówi, wraz ze wzrostem zainteresowania winem rośnie też potrzeba wiedzy o nim. Bo jest potrzebna do tzw. ucywilizowania — ludzie piją wino i chcą się pozbyć lęku wynikającego z nieumiejętności zachowania się, np. przy wyborze wina, serwowania, picia. Poza tym odkrywają, że to przyjemność.
Po tych kilku latach Marek Kondrat — winiarz broni swojego wyboru.
— Staram się tak przeżyć życie, by nie przynosiło mi niepotrzebnych zaburzeń. Podobnie jak moi przyjaciele, producenci win, staram się jeść posiłki o tej samej porze. I robić to w towarzystwie innych ludzi, nie zaspokajać wyłącznie głodu. Komponować jedzenie do potrzeb organizmu i poświęcać temu odpowiednią ilość czasu. Nie poganiać. Powiedzmy sobie, koniec tego filmu jest mi mniej więcej znany, więc nie ma powodu się tak strasznie spieszyć do zakończenia — puentuje. l
