Premier Jarosław Kaczyński zeznawał wczoraj jako świadek w procesie, jaki Konstanty Miodowicz wytoczył Tomaszowi Nałęczowi. Szef rządu zeznał, że było „powszechne przekonanie” świata polityki, iż Konstanty Miodowicz i Wojciech Brochwicz doprowadzili do sprawy Anny Jaruckiej. Szef rządu podkreślił jednak, że nie dysponował w tej sprawie „żadną szczególną wiedzą”.
To symboliczne stwierdzenie. Ostatnio głębokie przekonanie coraz częściej zastępuje wiedzę. To stąd np. wzięły się oskarżenia Jana Rokity o zbrodnie na demokracji. Dowodów na to, że wiedział o inwigilacji prawicy brak, ale premier i prezydent są głęboko przekonani, iż nie mógł nie wiedzieć. Szef Centralnego Biura Antykorupcyjnego ma głębokie przekonanie, że paru biznesmenów o znanych nazwiskach to aferzyści. Dowodów na razie brak. Posłowie byli tak głęboko przekonani o tym, że były minister skarbu Emil Wąsacz powinien stanąć przed Trybunałem Stanu, iż nawet nie pokusili się o sporządzenie poprawnego wniosku w tej sprawie. Przykłady można by mnożyć.
Wolność przekonań jest jednym z fundamentów demokracji i nie ma najmniejszego powodu, by ją ograniczać — jeżeli ktoś jest przekonany, że każda prywatyzacja to złodziejstwo, a Leszek Balcerowicz ma w przepastnych sejfach NBP pieniądze zabrane narodowi, to trudno. Można polemizować, przekonywać, dyskutować. Życiu publicznemu nie zaszkodziłoby, gdybyśmy do tej dyskusji o przekonaniach wprowadzili trochę faktów. Niestety, polscy politycy na każdym kroku udowadniają, że są dżentelmenami, a ci, jak wiadomo, o faktach nie dyskutują. Tylko o przekonaniach.