Faktem jest, że produkcja polskich firm rośnie. Choć wielokrotnie sygnalizowaliśmy, że jednoznaczna interpretacja poszczególnych danych GUS o dynamice produkcji sprzedanej przemysłu nie jest prosta. Za namową tuzów ekonomii przyjmujemy — podobnie jak większość analityków — że najlepszą miarą kondycji polskich firm (w kwestii wielkości produkcji) jest roczna dynamika tego wskaźnika.
Okazuje się więc, że nie jest źle. W grudniu produkcja przemysłowa była o 5,1 proc. większa niż rok wcześniej. To niezły wynik, zważywszy, że gospodarki naszych głównych partnerów pozostają w stagnacji i raczej kupują od nas mniej, niż więcej. A mimo to polscy przedsiębiorcy produkują. Opublikowane wczoraj dane GUS napawają optymizmem, jeśli chodzi o perspektywy wzrostu gospodarczego. Potwierdzają się publikowane wielokrotnie na naszych łamach prognozy, że gospodarka będzie przyspieszać. Może nie w takim tempie, jak wróży resort finansów, ale to już inna sprawa.
Ostatnie dane nie oznaczają jednak, że sytuacja jest bardzo dobra. O ile bowiem przedsiębiorstwa przemysłowe produkują coraz więcej, o tyle inwestycje nadal nie rosną, a bezrobocie nie spada. Co powoduje, że o ile z punktu widzenia makroekonomicznych fundamentów nasza gospodarka ma się coraz lepiej, o tyle z punktu widzenia firm i obywateli postępu nie widać. Przede wszystkim ze względu na obraz środowiska, w którym działają polskie firmy — nieelastyczne przepisy i koszty pozapłacowe każą zwiększać wydajność, a nie zatrudnienie. Z kolei rosnące obciążenia podatkowe nie pozwalają inwestować ponad to, co absolutnie niezbędne. Gdyby ludzie mieli pracę, kupowaliby więcej. Gdyby firmy inwestowały, zamawiałyby więcej. A tak mozolnie wspinamy się pod górę. Co i tak dowodzi, że polski przedsiębiorca poradzi sobie w każdych warunkach. Jednak nikt rozsądny nie jest w stanie odpowiedzieć na pytanie, za jakie grzechy?