Drobna blondynka przypominająca Reese Witherspoon siedziała w firmowym bufecie, przeglądając prywatne e-maile. W jednym znalazła wyciąg z rachunku bankowego. Jej patrzące zza designerskich okularów niebieskie oczy rozszerzyły się ze zdumienia. Jakże surrealistyczne było dowiedzenie się — po poświęceniu ukochanemu facetowi prawie roku życia — że to, co myślała na jego temat, jest fikcją. Marzena zawsze krytycznie podchodziła do partnera i badała go na różne sposoby, mimo to była w ciężkim szoku. Wcześniej wierzyła w dojrzałość mężczyzny, z którym chciała wziąć ślub. Utwierdzały ją w tym jego zawodowe sukcesy: to nie lada wyczyn zostać w kilka miesięcy od zatrudnienia dyrektorem działu IT, a jednocześnie z powodzeniem rozwijać swój technologiczny start-up. Niemniej wyciąg z ich wspólnego konta nie pozostawiał wątpliwości — Przemek nie tylko przepuścił jej oszczędności z ostatnich kilku miesięcy, ale jeszcze zrobił prawie 20-tysięczny debet. Obiecał, że odda wszystko, ale jej to nie uspokoiło.

— Biorąc pod uwagę moje zarobki, nie była to kwota, która mogłaby mnie wpędzić w depresję. Chodzi jednak o zaufanie. Miałam nadzieję, że zainwestował w swoją spółkę, ale nie — kupił kolejny drogi garnitur, szpanerski zegarek, a poza tym chciał wyszaleć się z kumplami w modnych klubach — przyznaje Marzena. Schizofrenia karierowicza. Ona też lubi ubrania, biżuterię i kosmetyki z górnej półki. Jeździ przyzwoitym autem, mieszka w ekskluzywnym apartamencie. Doskonale jednak wie, na jaki wydatek może sobie pozwolić, zaś luksusy, które czasem sobie funduje, zawsze czemuś służą — gdy jest się dyrektorką działu sprzedaży międzynarodowej korporacji, trzeba pamiętać o tzw. symbolach prestiżu. Co innego Przemek — pieniądze najchętniej wydawał na głupstwa.
— Kiedy przyłapałam go na szastaniu moją kasą, nie mogłam pojąć, jak człowiek godny zaufania w pracy zawodzi prywatnie — mówi Marzena.
Podwójna tożsamość nie jest rzadkością. Psycholodzy i coachowie mają wśród klientów sumiennych pracowników, którzy po wyjściu z biura wcielają się w rolę Piotrusia Pana albo Wendy, bo problem dotyczy także kobiet. Jak wytłumaczyć taką schizofrenię? Bardzo prosto. Piotruś Pan za bardzo kocha przyjemności, rozrywki i gadżety, zakasuje więc rękawy, wyrabia 150 proc. normy, byle tylko pozwolić sobie na kolejną fanaberię. To, że woli latać, niż chodzić po ziemi, paradoksalnie ułatwia mu karierę. Żyje w świecie marzeń, fantazji, fikcji, które inni biorą za charyzmę i wizjonerstwo. Marzena chciała wystawić rzeczy Przemka za drzwi (zebrałoby się tego z tuzin wielkich kartonów). Nie mogła jednak wymazać z pamięci, jak było im cudownie razem. Rozumieli się bez słów, adorowali, obsypywali prezentami, szaleli na parkiecie.
Im więcej czasu spędzali ze sobą, tym bardziej czuli, że są dla siebie stworzeni.
— Oboje lubiliśmy skandynawskie kryminały i śródziemnomorską kuchnię, w równym stopniu byliśmy zwariowani na punkcie Andy’ego Warhola, mieliśmy jednakowy stosunek do polityki i religii. Okazało się też, że będąc na studiach, przesiadywaliśmy w tych samych pubach i słuchaliśmy tych samych kapel rockowych z lat 60. — opowiada dziewczyna. Przez te wszystkie podobieństwa i wspomnienia magicznych chwil Marzena dała Przemkowi jeszcze jedną szansę — pod warunkiem, że wyleczy się z niedojrzałości. Prawdę powiedziawszy, Przemek sam czuł się podle, wcześniej nie miał dość siły, by przeciwstawić się „chłopięcej” części swojej natury. Wściekłość Marzeny dała mu impet. Zgłosił się na terapię. Zdecydował, że nie wyda nawet pięciu złotych bez skonsultowania się z nią. Razem z psychologiem „przepracował” swoją przeszłość, zaczynając od… przedszkola. Przeanalizowali wszystkie jego relacje z bliskimi ludźmi: matką, ojcem, siostrą, kolegami. I co się okazało?
— Skoncentrowani na swoich karierach rodzice woleli sprowadzić mi z zagranicy najnowszy komputer, niż ułożyć razem puzzle. By kupić akceptację kumpli, bez przerwy coś im fundowałem: kino, basen czy wypad do Jarocina. Gdy dorosłem, nadal myślałem, że miarą mojej wartości są drogie przedmioty: wypasione bryki, które zmieniałem jak rękawiczki, oraz wymarzony harley-davidson — mówi Przemek.
Lek na kompleksy. Odkrycie Przemka zbieżne jest z głoszoną przez psycholożki Lan Nguyen Chaplin i Deborah Roedder teorią, według której konsumpcjonizm zaczyna się we wczesnym dzieciństwie i ma związek z kompleksem niższości. Młodzi ludzie (8-18 lat) najpierw wypełniali ankietę dotyczącą samooceny (odnosili się do stwierdzeń typu „jestem zadowolony ze swojego wyglądu”). Następnie dostali tablice zawierające dużą liczbę obrazków odnoszących się do pięciu dziedzin: hobby (np. deskorolka, kemping), sport (siatkówka, rugby), pożądane przedmioty (markowe buty, komputer), ludzie (rówieśnicy, nauczyciele) i osiągnięcia (dobre stopnie, gra na fortepianie). Za pomocą tych obrazków tworzyli kompozycję „Co czyni mnie szczęśliwym”.
Na podstawie liczby obrazków z przedmiotami, których użyli uczestnicy eksperymentu, badaczki określały ich poziom materializmu. Wyniki ujawniły wyraźną zależność między samooceną a obrastaniem w rzeczy — dzieci niepewne swojej wartości znacznie częściej były gadżeciarzami. Od kiedy Marzena zna źródła Przemkowej gadżetomanii, jest dla niego bardziej wyrozumiała. Wybaczyła mu, ale jednocześnie… zamieniła wspólne konto na dwa osobne. Jeśli dojdzie do zaplanowanego na czerwiec ślubu, będzie miała z mężem rozdzielczość majątkową.
— Zaufanie jest dobre, ale kontrola lepsza. Zresztą on sam zasugerował, bym dla jego dobra pilnowała, jak wydaje pieniądze — uśmiecha się 30-latka.
