Wszystkie chwyty są dozwolone

opublikowano: 16-10-2018, 22:00

Od reaktywowania w 1990 r. polskiego samorządu terytorialnego nadchodzące wybory lokalne drugi raz otrzymały tak wysoką rangę polityczną w propagandzie władz centralnych.

Pierwszym razem było samo odrodzenie się samorządu, czyli głosowanie z 27 maja 1990 r. Przy czym trzeba pamiętać, że odbyły się wtedy wybory tylko do rad gmin/miast. Odtworzone powiaty oraz powiększone województwa doszły w 1998 r., a wybory bezpośrednie wójtów/burmistrzów/prezydentów jeszcze później — w 2002 r. 28 lat temu zaś chodziło o przeniesienie pod gminne strzechy przemian ustrojowych, zapoczątkowanych przełomowymi wyborami do Sejmu i Senatu z 4 czerwca 1989 r. Dlatego kadencję wybranych w 1988 r. — według absolutnie niedemokratycznej PRL-owskiej ordynacji — gminnych/miejskich oraz wojewódzkich rad narodowych ustawowo o połowę skrócono. Odbyło się to przy powszechnej akceptacji społecznej, zaś najlepszy wynik wyborczy w 1990 r. osiągnęły komitety obywatelskie pod szyldem Solidarności.

Trudno nie mieć wrażenia pewnego déją vu, obserwując obecne zmasowane uderzenie polityczno-propagandowe tzw. dobrej zmiany. Jest ono jednak karykaturą autentycznych przemian z 1990 r., albowiem wszechwładne na szczeblu centralnym PiS nie akceptuje rozwoju Polski od blisko trzech dekad, zarówno gospodarczego, jak i społeczno-politycznego. Obecni władcy wszystko, co zdarzyło się przed 2015 r., najchętniej by wygumkowali. Fałszywy jest generalny lejtmotyw, zgodnie z którym samorządowe inwestycje i w ogóle budżety realizowane są prawidłowo tylko przez władze lokalne z pieczątką PiS. Wszyscy inni to zło wcielone, niekoniecznie ci w barwach PO czy PSL, lecz generalnie inaczej myślący. Bardzo charakterystyczna jest rozbieżność w ocenie samorządowców z długoletnim stażem, pełniących funkcje od kilku kadencji. Jeśli dotychczasowy wójt/burmistrz/prezydent jest obcy — to według rządowej propagandy tworzy układ, koterię, jest po prostu skamieliną do wysadzenia. Jeśli natomiast równie długowieczny włodarz nosi barwy PiS lub przynajmniej jest ideowo bliski — o, to okazuje się znakomitym gospodarzem, pod którego ręką lokalna społeczność wręcz rozkwita. W związku z tym w pełni zasługuje na reelekcję i zajmowanie stanowiska przez kolejną dekadę (dwie 5-letnie kadencje, potem musi odejść z mocy ustawy).

Praktycznym wymiarem skoku tzw. dobrej zmiany na samorząd jest wysyp precyzyjnie adresowanych rządowych pieniędzy. Premier Mateusz Morawiecki codziennie przemierza kraj — notabene wypada podziwiać jego kondycję — i rzuca wyborcze obietnice, których przecież w ogóle nie musiałby składać, gdyby samorząd ustawowo otrzymywał godziwe pieniądze, umożliwiające mu wykonywanie ustawowych zadań. W ostatnich dniach do wyborczego rozdawnictwa kasy wprzęgnięte zostały również spółki skarbu państwa. W procederze obiecanek zaciera się już poczucie śmieszności. We wtorek granice przedwyborczej abstrakcji wyznaczył prezes Jarosław Kaczyński, wkopując słupek na Mierzei Wiślanej, chociaż uzyskanie pozwolenia na budowę przekopu to jeszcze daleka przyszłość (więcej — w tekście obok). Ze względu na symboliczne miejsce tego eventu, na wysuniętej północnej rubieży Polski, trudno uniknąć skojarzenia z odstraszającym rywali oznaczaniem przez łowcę swojego wyłącznego terytorium. © Ⓟ

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Polityka / Wszystkie chwyty są dozwolone