W tym procederze ogromna rola przypada oczywiście Andrzejowi Dudzie, wiernemu synowi partii, chociaż od objęcia w 2015 r. prezydentury bez formalnej legitymacji. Nie ma mowy, by zwołał inauguracyjne posiedzenia Sejmu i Senatu wcześniej niż 13 listopada, ale to akurat żadna niespodzianka, tak miało być bez względu na wyniki. PiS idzie na bój spotkaniowy, czyli utworzenie i zaprzysiężenie nowego rządu bez jakichkolwiek szans na uzyskanie od Sejmu wotum zaufania. Chodzi o kupienie jak najdłuższego okresu dla wyrwania jak największej kasy, podejmowania różnych decyzji trudnych później do odkręcenia itp.
Zapowiedzią obstrukcji rządowej jest podejście obozu PiS do wyników referendum. Przeprowadzone z kaprysu i rozkazu Jarosława Kaczyńskiego zakończyło się frekwencyjną klapą z wynikiem tylko 40,91 proc. Ta nędza szokuje tym bardziej, że w wyborach obu izb frekwencja 74,38 i 74,31 proc. (ta mniejsza to Senat) okazała się w polskich realiach rewelacyjna. Suweren pokazał najwyższemu – w jego mniemaniu – panu umowny palec. Konstytucja RP wyrzuciła wszystkie wyniki do prawnego śmietnika, nie mają jakiegokolwiek znaczenia. Co z tego, że nakazane przez prezesa PiS odpowiedzi NIE zyskały ogromny odsetek głosów ważnych, dla czterech pytań wyniosło to kolejno: 96,49 proc., 94,61 proc., 96,04 proc. i 96,79 proc. Przecież kartę referendalną pobrał głównie elektorat konkretnej partii, większość innych głosujących uznało ją za ulotkę wyborczą PiS, wydrukowaną za państwowe pieniądze i rozdawaną w lokalach. Znam masę takich opinii, jako że w niedzielę przewodniczyłem komisji obwodowej. Dlatego absurdem są argumenty pseudoekspertów PiS, że w doktrynie państwa i prawa nawet wyniki nieważne się jednak analizuje, potem opiera na nich decyzje itp. Wiernopoddańcza TVP wciąż wybija wynik jedynego województwa, które zachowało się zgodnie z wolą prezesa – Podkarpacia, gdzie frekwencja wyniosła 52,24 proc. Podlaskie, które powinno być bardzo zainteresowane choćby barierą na granicy z Białorusią, zmobilizowało się na poziomie 46,15 proc., natomiast warmińsko-mazurskie, sąsiadujące z obwodem królewieckim, referendum totalnie zlekceważyło – 36,04 proc.
W kontekście obecnych wyników przypomnę referendum z okresu PRL. Ale nie tzw. głosowanie ludowe z 30 czerwca 1946 r., sfałszowane przez utrwalaczy nowej władzy. Chodzi o całkowicie zapomniane referendum z 29 listopada 1987 r., zorganizowane przez ekipę Wojciecha Jaruzelskiego z dwoma absurdalnymi pytaniami: „Czy jesteś za pełną realizacją przedstawionego Sejmowi programu radykalnego uzdrowienia gospodarki, zmierzającego do wyraźnego poprawienia warunków życia – wiedząc, że wymaga to przejścia przez trudny dwu-trzyletni okres szybkich zmian?” oraz „Czy opowiadasz się za polskim modelem głębokiej demokratyzacji życia politycznego, której celem jest umocnienie samorządności, rozszerzenie praw obywateli i zwiększenie ich uczestnictwa w rządzeniu krajem?” Rozkład odpowiedzi był po myśli PZPR, ale referendum skończyło się klapą frekwencyjną, a w 1987 r. już się nie dało bezczelnie sfałszować. Trwała akcja kontroli, sam warowałem cały dzień pod lokalem tworząc społeczny protokół frekwencji. Tamta klęska była pierwszym po stanie wojennym konkretnym sygnałem, że nadchodzi upadek PRL. Zrzucony został z sań premier Zbigniew Messner, rząd przejął Mieczysław Rakowski, ale to były ostatnie podrygi tzw. realnego socjalizmu. To, co się dopełniło w 1989 r., po upadku referendum już ciężko zawisło nad głowami ówczesnych władców. Po wyniku z 15 października Jarosław Kaczyński może sobie uścisnąć – oczywiście symbolicznie – klęskową dłoń z tamtym Wojciechem Jaruzelskim.

