Wypiętrzą się Himalaje ekwilibrystyki prawnej

opublikowano: 12-12-2011, 00:00

UNIA EUROPEJSKA

Poziom konkretności konkluzji szczytów Rady Europejskiej odpowiada dawnym uchwałom plenum Komitetu Centralnego PZPR. Rozbierzmy logicznie np. takie kluczowe zdanie z pierwszego punktu dokumentu przyjętego w piątek: „Reformy strukturalne i działania na rzecz konsolidacji fiskalnej muszą być kontynuowane, tak aby stworzyćpodstawy powrotu do trwałego wzrostu gospodarczego i tym samym pomóc zwiększyć zaufanie w krótkiej perspektywie”.

Trudno uwierzyć, ale 8-9 grudnia kolejny wiekopomny szczyt szefów państw i rządów był już… 25. od upadku banku Lehman Brothers w 2008 r. Gdy kryzys zajrzał głęboko w oczy Unii Europejskiej i zaczął rozsadzać Euroland, polityczne chciejstwo kopiowane jest z jednych konkluzji do następnych, ale nic z tego nie wynika.

Tym razem podobno wreszcie ma być inaczej. Dokładnie jak — jeszcze nikt nie wie, ale przynajmniej została zadeklarowana taka wola. W piątek w Brukseli, oczekując w dziennikarskiej rzeszy na konferencję prasową obu przewodniczących — komisji Jose Manuela Barroso i rady Hermana Van Rompuya, którym z tytułu polskiej prezydencji towarzyszył premier Donald Tusk, miałem naiwną nadzieję wyłowić z ich ust jakieś konkrety.

I zapisałem tyle: Euroland formalnie się zacieśni, ale z obrad już nie będą wyrzucane państwa kandydackie, za co bardzo słono zapłacą; ograniczeniom fiskalnym ani myśli podporządkować się brytyjski premier David Cameron, a kilka innych państw akceptuje je „prawie”; coś więcej będzie wiadomo na kolejnym planowym szczycie Rady Europejskiej już… w marcu 2012 r.

Taką zaledwie intencyjność i ogólnikowość w pewnym sensie da się zrozumieć, wszak politycy w trwającej do piątej rano debacie wypracowują kierunkowe decyzje, które później są precyzowane hermetycznym językiem prawniczym. W każdym razie traktatowe rachunki: 27 plus nowa Chorwacja minus Wielka Brytania i może ktoś jeszcze, a jednocześnie 17 plus iluś tam chętnych do wspólnej waluty — to naprawdę perspektywa wspomniana w tytule.

Oprotestowane przez brytyjskiego premiera konkluzje powstały w oryginale rzecz jasna po angielsku. To symboliczny element polityczno- finansowego surrealizmu szczytu. W każdym razie, wbrew hiobowym wieściom upowszechnianym w wielu państwach przez weekend, Unia Europejska się nie rozpadnie.

Ale jest realne, że zostanie okrojona o Wielką Brytanię, co od czasu traktatu z Lizbony stało się prawnie możliwe. No cóż, przez wieki Anglicy patrzący na Kanał La Manche (od ich strony English Channel) widzieli sprawy tak: „Na kanale burza, czyli Europa odcięta od świata”.

Przez kilka minionych dekad ciut się to zmieniło, ale kryzys odnowił izolacjonizm. David Cameron broni przede wszystkim interesów wielkiej finansjery z City, ale czuje także poparcie znacznej części społeczeństwa. Wielka Brytania i tak nie przyjmie euro, zapewne nie wejdzie do strefy Schengen, a najchętniej odłączyłaby się budżetowo — zatem naprawdę najczystszym rozwiązaniem byłoby jej wyjście z UE i przyjęcie statusu Norwegii czy Szwajcarii. Przynależność jedynie do Europejskiego Obszaru Gospodarczego byłaby miękką separacją, a nie rozwodem z UE z orzekaniem o winie.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu