Wyprawa do źródeł pragnienia

Pod okiem i zarządem Jana Mikołuszki Unibep awansował do ekstraklasy firm budowlanych. Spółka przychody liczy w miliardach, ale dla podlaskiego przedsiębiorcy powolny wzrost nie jest ujmą. By w pędzie do zysków nie zgubić człowieka.

Nie neguję, że pragnienie jest sprężyną działania.

Wyświetl galerię [1/4]

Mikołuszko ma w zwyczaju raz, dwa razy do roku wyrwać się na dłuższy wojaż w świat. Zakochał się w Nowej Zelandii, Bhutanie, Namibii, Argentynie, Kamczatce… w tym roku jedzie nasycić się do Ekwadoru, Gruzji i Armenii. archiwum prywatne

Jest ważne, tworzy bowiem historię ludzkości, ale dobrze się zastanów, czym są pragnienia, przed którymi nie da się uciec? Szczególnie teraz, w naszym społeczeństwie, które pcha nas ku pragnieniom, tym najbardziej banalnym, materialnym, innymi słowy: tym z supermarketu. Takie pragnienia są bezużyteczne, bezsensowne, śmiechu warte. Prawdziwe pragnienia to przede wszystkim pragnienie bycia sobą. To jedyna rzecz, której można pragnąć, nie zastanawiając się nad wyborem. Nie chodzi o wybór między dwoma rodzajami pasty do zębów, dwiema kobietami czy dwoma różnymi samochodami. Prawdziwy wybór to chęć bycia sobą.” — to słowa Tiziana Terzaniego, legendarnego włoskiego reportera, spisane w przez jego syna w książce „Koniec jest moim początkiem”.

Dlaczego je przywołujemy? Terzani i inni dziennikarze chwytający za pióro w podróży (Ryszard Kapuściński czy Eric Weiner) to jeden z ulubionych dygresyjnych wątków Jana Mikołuszki. To z ich pomocą ten przedsiębiorca, jak mówi, „trwa w swym podróżowaniu przez świat”. I nie ma na myśli wiecznej tułaczki po geograficznych zaułkach.

Siła w cerkwi

Mkniemy żwawo przez jego ukochane Podlasie. Za oknami harmonijne krajobrazy wyrzeźbione przez nurt Narwi. Już kilka kilometrów za Bielskiem Podlaskim pola i podmokłe łąki są przecinane jedynie przez niewielkie, częściowo wyludnione wsie. Gdyby przenieść je jakieś 100 kilometrów na zachód, byłyby gotowym skansenem.

Chwiejny asfalt przechodzi w szuter, szuter w kocie łby. Na skraju schludnej małej wsi stoi, schowana nieco w lesie, niewielka cerkiew. Elewacja lśni świeżym błękitem, wezbrana rzeka szumi, żaby rechocą, ptactwo kwili. W wiosce, w której od niemal dwóch dekad mieszka Jan Mikołuszko, katolików na stałe mieszka zaledwie dwoje — jest jeszcze jego żona Zofia. On jest budowniczym potęgi Unibepu, wartego dzisiaj niemal 0,5 mld zł. Ale to ona, z inicjatywy męża, pozostaje największą akcjonariuszką firmy.

— Ponad 200-letnia cerkiewka wymagała remontu. Gdy miejscowej wspólnocie zabrakło funduszy, pomogliśmy go skończyć. Biskup Sawa przyjechał ją wyświęcić. Różnorodność to nasza podlaska duma i siła, nigdzie indziej w Polsce nie ma tylu narodowości i kultur co na Podlasiu — podkreśla gospodarz.

Nalewka z dumy

Jego dom jest stonowany w swej architekturze i rozmiarach, działka niespecjalnie rozległa, nawet kajak, wyciągnięty na brzeg Narwi, wyraźnie wysłużony. Gdyby postawić to wszystko na podwarszawskim, willowym osiedlu, powiedzielibyśmy: Ot, klasa średnia wygodnie się umościła. — Z tym mam kłopot przez całe życie. Ja nie umiem być bogaty. Mieć albo być? Zdecydowanie wolę być. Dlatego wielkość firmy, zasobność konta nigdy nie były dla mnie celem samym w sobie — zwierza się 67-letni przedsiębiorca.

Gdy siedzimy na tarasie i oczy mieszczucha pazernie chłoną harmonię rozległych łąk, rozmowa idzie niespiesznie. Wystarczy chwilę podumać nad rzeką, żeby zrozumieć, że komuś, kto wybrał takie miejsce na swą małą ojczyznę, pewnych pytań nie ma sensu zadawać. Pomilczmy, napijmy się wytrawnej miętowej nalewki, posmakujmy tatara z miejscowymi ogórkami. Po co zagłuszać żabią muzykę? Po co w ogóle widzieć swoją twarz na jakiejś okładce? (prezes zgadza się na wywiad do „PB Weekendu” po szerokich konsultacjach i kilku latach grzecznego, acz zdecydowanego „nie”).

— Zadowolony jestem niezmiernie z kilku rzeczy. Że jestem osobą cenioną, autorytetem w regionie, że udało mi się zapracować na ten szacunek. Do tego nigdy nie straciłem zaufania na rynku i dołożyłem cegiełkę do zbudowania firmy, w której ceni się ludzi, wartości, relacje między ludźmi. Powiedzieliśmy sobie wprost, że nasze podlaskie korzenie to nie ujma, lecz nasz wielki atut, nasza duma — opowiada Jan Mikołuszko, już przebrany w turystyczny kapelusz i T-shirt z logo koszykarskiej drużyny z Bielska Podlaskiego, macierzy Unibepu. Tur Bielsk Podlaski to najnowsze społeczne przedsięwzięcie jego firmy, rusza też fundacja wsparcia utalentowanej młodzieży Unitalent. Tak szef Unibepu syci pragnienie.

Grzech w metrze

Dla warszawskich rekinów budowlanki Unibep ze swoim dyrygentem społecznikiem to twór nieco z innej planety, zaściankowy niemalże. Trochę księżycowy, w dwóch odcieniach. W tym roku zarobi zapewne kilkadziesiąt milionów złotych, jeszcze zwiększy portfel zamówień opiewający na ponad 2,6 mld zł, roczne przychody atakować będą 1,5 mld zł.

Unibep lub spółki z jego grupy dokończą, rozpoczną lub sprzedadzą kilka prestiżowych obiektów. Firma matka to generalny wykonawca m.in. luksusowej Galerii Północnej w Warszawie, Unidevelopment buduje kilka osiedli w stolicy, Unihouse wysyła domy modułowe do Skandynawii, oddział drogowy wygrał kontrakt na budowę sporego odcinka S8. Ale giełdowa spółka nie angażuje nadmiernych sił w autopromocję. Do Warszawy na dobre się nie przeprowadziła.

— Działają mało agresywnie, wręcz zachowawczo. Gdyby dodać im adrenaliny, dziś mogliby być w trójce największych firm budowlanych w kraju. A tak zamykają pierwszą dziesiątkę — ocenia jeden z prezesów z rynku deweloperskiego. — Już wielu w naszej branży popełniło grzech manii wielkości. Zbyt szybko chcieli być duzi, łapali wielkie kontrakty, snuli wizje w prasie. Kończyło się upadłościami lub wyciąganiem ręki po pomoc państwa — odpowiada Jan Mikołuszko.

Na piedestale — nad blichtrem i obietnicami podlanymi sosem ryzykanctwa — stawia lokalny charakter przy stabilnym wzroście na rynkach regionalnych i naukę na małych błędach. Warszawę lubi, ceni, to tu kręci się oś jego biznesu. Ani myśli jednak być jednym z aktorów w jej teatrze, a do mieszkania na Kabatach coraz częściej podjeżdża metrem.

Pokora na parterze

Dziewięć lat temu spotkaliśmy się w Bielsku po raz pierwszy. Unibep dopiero szykował się do giełdowego debiutu. Jan Mikołuszko pełen entuzjazmu pokazywał wznoszony przez spółkę budynek mieszkalny, reklamowany jako pierwszy w mieście wyposażony w windę. Później na kwartały pochłonęły go bieżące sprawy, zarządzanie wiecznym kryzysem, z czego słynie biało-czerwona budowlanka. Wreszcie w 2014 r. zrezygnował z prezesury. Teraz szefuje radzie nadzorczej, operacyjnie wyłączył się z firmy, za to bardzo pracuje nad jej przyszłością, strategią i podlaskim przepisem na życie.

— Długo się z tą decyzją męczyłem, z tym oddawaniem sterów. W końcu rok wcześniej ogłosiłem to w firmie tak, bym już nie mógł się wycofać. Ręce mnie swędziały niemiłosiernie. Ku zdziwieniu załogi wyniosłem się na parter — dwa piętra niżej niż zarząd. A młody zastęp ma lepsze wyniki ode mnie, pewnie także dlatego, że jest biegły w komputerowym świecie — żartuje gospodarz, pokazując stojący w małym gabinecie model „Mayflower”, galeonu handlowego, na którym przybyli do Ameryki Północnej pierwsi koloniści z Wielkiej Brytanii.

Dostał go od swego następcy z przesłaniem, że w nowej roli ma z Unibepem śmielej zdobywać świat. Bo jego obecny konik to Polski Klaster Eksporterów Budownictwa (PKEB) — eksprezes Unibepu jest autorem jego koncepcji i głównym motorniczym. PKEB chce pod parasolem Unibepu wciągnąć mniejsze firmy w różne przedsięwzięcia, m.in. w industrializującym się Kazachstanie.

Jak twierdzi biznesmen, potencjał ludzki jest, brakuje poduszki na ryzyko, tę w eksporcie mają zachodnie firmy. Dlatego Jan Mikołuszko intensywnie zabiega o wsparcie BGK i KUKE dla działań na Wschodzie. Ożywia się, mówiąc o zaawansowanych negocjacjach w sprawie budowy potężnego centrum handlowego w Kijowie. Zaraz też śmieje się, opisując mniejsze i większe swoje wpadki, chwile przesadnego „chciejstwa” na rynku drogowym lub amatorszczyznę i klapę po wejściu z domami modułowymi do Niemiec. — Mam pokorę w sobie, nie podam panu przepisu na idealną firmę — zastrzega.

Szczęście lidera

Źródeł sukcesu szukajmy zatem sami w Mikołuszce. W jego nadaktywności, darze nawiązywania bezpośrednich, naturalnych kontaktów z każdym i umiejętności panowania nad pokusą fałszywych, nieistotnych wyborów, tak trafnie opisaną przez podziwianego Terzaniego. Sukces definiowany jest tu w kategoriach ogólnospołecznych — Unibep ma się tak dobrze, jak dobrze mają się jego pracownicy. Równowaga bliska szczęściu (nie mylić z euforią) w realiach Bielska Podlaskiego i dziesiątej pod względem wielkości firmy budowlanej w Polsce, lidera budownictwa mieszkaniowego w Warszawie, jest możliwa. To pragnienie dające się zaspokoić. Bezrobocia w Bielsku praktycznie już nie ma, a miasto pięknieje z roku na rok.

— Eric Werner w książce „Geografia szczęścia” tak podsumował swoje obserwacje z całego świata: „Każdy kraj i naród szczęśliwy jest inny, ale wszystkie narody nieszczęśliwe są bardzo podobne”. I w biznesie, i w życiu społecznym wokół firmy jest bardzo wiele sposobów i dróg do osiągnięcia sukcesu — mówi Jan Mikołuszko i zaczyna opowieść o swojej podróży przez świat.

Realia w legitymacji

Macierzyste miejsce Mikołuszki to Sokółka, niewielkie miasto na północnych rubieżach Podlasia. Rodzina była biedna, rolnicza. Dlaczego nie został na ojcowiźnie, tylko ruszył do technikum, a później na studia budowlane do Białegostoku?

— Ojcowizna była tak licha, że nie było czego dzielić. W krew mi weszło, że pieniądze były towarem pierwszej potrzeby. Uczyłem się nieźle, choć zawsze kończyłem jako ten drugi, płaciłem za niepokorność — twierdzi. Widząc, jak dobre jest stypendium naukowe, chciał się związać z Politechniką Białostocką na dłużej.

— Nie mam etatu — odburknął jednak dziekan, zapytany o naukową przyszłość jego studenta, już żonatego, już z dzieckiem. Trzeba było kombinować i z tego kombinowania wyszedł Bielsk Podlaski. Bo stypendium początkowo płaciło przyszłemu inżynierowi przedsiębiorstwo drogowe z Łomży, gdy ten jednak zwiedział się, że będąca w tym samym zjednoczeniu bielska firma daje mieszkania, nie zastanawiał się długo. — Chciało mi się i z tym chceniem w wieku 28 lat doszedłem do pozycji dyrektora przedsiębiorstwa, najgorszego w całym zjednoczeniu, ale zawsze — wspomina przedsiębiorca. Energia młodego budowniczego zgrała się z ambicjami Podlasia w Polsce Ludowej. Jan Mikołuszko nie kryje, że odnajdował się w realiach PRL, wstąpił do PZPR i racjonalnie zarządzał firmą, na ile pozwalały ramy socjalizmu.

— Gdy w pięć rodzin w początkach XXI wieku kupowaliśmy przyszły Unibep [trzy ostatnie litery to skrót od bezpieczeństwo, eksport, produkcja — red.] od miasta, wykładając ponad 2 mln zł, to oczywiście miałem zawahanie, mimo że w CV widać było bogate doświadczenie — przyznaje biznesmen, który do dziś trzyma legitymację założycielską SDRP z podpisem Aleksandra Kwaśniewskiego.

— Z polityki na poważnie wyleczyłem się, gdy zobaczyłem, jacy cwaniacy się podczepiają pod partie w III RP. Przez lata przeszedłem z lewej strony bardziej w prawo i choć na prawicy daleko nie zaszedłem, to znam trochę ludzi z tych sfer — żartuje. A już na serio chwali dokonania i pomysły ekipy Mateusza Morawieckiego. O tym i nie tylko o tym dyskutuje zaś regularnie m.in. z Włodzimierzem Cimoszewiczem, nie tak znowu dalekim sąsiadem.

Kryzys po łokcie

Nie jest tajemnicą, że w branży wykonawstwa generalnego na dłuższą metę nie wystarczy być dobrym dyskutantem, trzeba się brać za bary z poważnymi wyzwaniami. A do tego być bardzo dobrym w swoim fachu i znać kogo trzeba. Jan Mikołuszko znał kogo trzeba, a oni wiedzieli, że jest bardzo dobry w swoim fachu. Piął się zatem po szczeblach kariery wyjątkowo szybko, w latach 90. został prezesem Unibudu, wprowadził spółkę na giełdę.

Stał się postacią dobrze znaną inwestorom. A Unibud był przez jakiś czas nawet siódmą firmą budowlaną w Polsce. Potem połączył się z Budimeksem, w którym rządził amerykański fundusz Templeton. Jan Mikołuszko był wtedy prezesem Budimeksu Unibudu, centrum generalnego wykonawstwa na centralną i wschodnią Polskę. Po przejęciu Budimeksu przez hiszpański Ferrovial został wiceprezesem całego Budimeksu Dromeksu. Dojrzewał do zmian, a nowy właściciel wziął się do porządkowania struktury. Spółkę Unibud BEP wystawił na sprzedaż. To była ta sama spółka, którą półtorej dekady wcześniej Jan Mikołuszko — jako przewodniczący miejskiej rady narodowej w latach 1988-90 — ściągał pod parasol Bielska wraz z kilkunastoma innymi przedsiębiorstwami.

Wkrótce miało się okazać, że miasto na ich prywatyzacji zarobi pokaźne miliony. — Wraz z ludźmi, z którymi pracowałem, zdecydowaliśmy się podjąć ryzyko. Widzieliśmy, że spółka jest zreformowana, rentowna, w miarę w dobrej formie, a socjalizm z niej wypędzono — przyznaje Jan Mikołuszko, nie maskując wschodniego akcentu. A jak już było bardzo źle (bo powtórzmy: budowlanka to niekończący się kryzys), z receptą przychodziła ówczesna przewodnicząca rady nadzorczej Zofia Mikołuszko.

— Nie można rąk załamywać, bo nie ma potem jak zakasać rękawów — powtarzała, a Unibep rósł we właściwym sobie tempie. Mała ojczyzna i podróż przez świat Jana Mikołuszki nie kończy się na krańcach Podlasia, gdzie jego żona postawiła leśną kapliczkę, którą dopiero co wyświęcił katolicki biskup. To też nie tylko forma piłkarzy Jagiellonii czy wyprawy w górę rzeki. Okazuje się, że jego przemyślenia o istocie szczęścia narodowego mieszkańców Bhutanu czy Islandii to nie jedynie książkowe ćwiczenie. Ten Podlasiak od ćwierć wieku ma bowiem w zwyczaju raz, dwa razy do roku wyrwać się na dłuższy wojaż w świat. Zakochał się w Nowej Zelandii, Bhutanie, Namibii, Argentynie, Kamczatce… w tym roku jedzie nasycić się do Ekwadoru, Gruzji i Armenii. Co z tych podróży wynika? Jan Mikołuszko odpowiada tak:

— Pytam kolegę w Nowej Zelandii, jaka u nich wiara jest dominująca, on mi na to, że rugby. Ale po chwili dochodzimy do innego wniosku, że tam inna wiara jest obowiązująca. Zarówno wierzący, jak i niewierzący nie oczekują, żeby siły wyższe coś za nich na tej ziemi załatwiły. I to jest najważniejsze. &

 

Lipa na miodzie

Przepis na wiosenną Nalewkę Kresową według Jana Mikołuszki

Składniki miodówki:

0,5 l wody, 2 goździki, 0,5 l miodu, 0,5 l spirytusu 95 proc.

Nalewka:

miodówka, 1 i 1/2 szklanki kwiatów lipy, sok z 1 cytryny, skórka z 1/2 cytryny.Miodówkę przygotowuje się na trzy tygodnie przed kwitnieniem lipy. Zagotować wodę z goździkami, przestudzić, dodać miód i dokładnie wymieszać. Do ciepłego syropu wlać spirytus, wymieszać i wlać do słoja. Szczelnie zamknąć i odstawić na trzy tygodnie. Kwiaty lipy włożyć do miodówki. Zostawić na dwa tygodnie. Następnie wlać sok z cytryny i włożyć skórkę cytrynową oczyszczoną z albedo (biała wewnętrzna część skórki) i sparzoną. Odstawić na tydzień. Nalewkę zlać, kwiaty starannie odcisnąć. Jest doskonała na przeziębienie, kaszel, katar i owocną kontemplację sensu własnych pragnień.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Wyprawa do źródeł pragnienia