W sumie wniesiono 64 protesty, z czego uznano zasadność 13 — ale bez wpływu błędów na wyniki. Chodziło głównie o epizodyczne pomyłki komisji obwodowych, polegające np. na przypisaniu niewłaściwej liczby głosów jakiemuś kandydatowi przy przenoszeniu wyniku do protokołu. Kilka komisji za późno wywiesiło do publicznego wglądu kopie protokołów, które sporządzono prawidłowo. Charakterystyczne, że wniesione protesty w ogóle nie tykały fazy zliczania głosów z obwodów przez wyborczy system informatyczny.
Eurowybory przeprowadzono w 27 664 obwodach, zatem sądowy epilog potwierdza ich wysoką wiarygodność. Trzeba uwzględnić okoliczność, że w Polsce wciąż głosuje się ręcznie na nośnikach papierowych, a członkowie komisji obwodowych to… pospolite ruszenie, delegowane przez poszczególne partie (jeden komitet wyznacza jedną osobę) i odbywające tylko jedno krótkie szkolenie.
Uprawniony jest zatem wniosek, że proceduralna czystość wyborów to największy dorobek ćwierćwiecza polskiej wolności. Daleko z tyłu lokuje się fatalna rekrutacja kandydatów oraz jeszcze gorsze kampanie wyborcze.