Z dala od Teneryfy

Danuta Hernik
28-02-2003, 00:00

Te dwa małżeństwa dzieli prawie cała szerokość kraju.

Łączy — poza otwartością na innych ludzi — wspólna dla obu par decyzja o wyborze miejsca, w którym chcą żyć i miłość do małej ojczyzny.

Szatanikowie i Sakowie, inteligenci mieszkający na wsi z wyboru, tworzą własny mikroklimat. Sakowie — w Brzeźniaku pod Drawskiem Pomorskim — postawili na agroturystykę. W domu Szataników — w Zachełmiu pod Jelenią Górą — powstają rzeźbione, drewniane elementy stylowych mebli i stropów — ornamenty, samodzielne figurki, zwieńczenia...

Obie rodziny chciały poprawić sobie byt. Chodziło nie tyle o pieniądze, ile o to, by dodać życiu smaku i urody.

Beata i Andrzej Sakowie, zaszyci daleko od Międzyzdrojów, Zakopanego czy Karpacza, co jakiś czas dają o sobie znać światu. A to zawita do nich osobistość i później opowie znajomym, a to wpadnie dziennikarz, zwabiony klimatem ich siedziby — zrobi audycję albo napisze tekst. Albo przyjedzie cudzoziemiec, który do nich wraca lub taki, co ma dosyć Ibizy czy Teneryfy i szuka innych nastrojów... Skupili się przede wszystkim na domowej, ciepłej atmosferze i — jak mówią — rekreacji duchowej.

Irena i Jerzy Szatanikowie zawsze lubili góry, Jerzy przeszedł niejedną przełęcz i perć. Do Zachełmia przenieśli się z przyjaciółmi jeszcze z czasów studenckich — Jerzy studiował mechanikę we Wrocławiu, Irena skończyła tam Wyższą Szkołę Teatralną. W sumie mieszka w Zachełmiu sześć osób — kumpli z uczelni. Dom przy domu. Jedni ściągali tu drugich.

Coś na ruinach

Sakowie byli pięćdziesięciolatkami, kiedy zdecydowali się odbudować dom na ruinach granitowych XIX-wiecznych murów. Po dekadzie powstała budowla, usadowiona na głazach, w naturalnym ogrodzie, nad samą wodą — rzeką Brzeźnicka Węgorza, fragmentem szlaku, łączącego jeziora drawskie z rzeką Redą.

Ich turystyczna działalność zaczęła się od przyjmowania przyjaciół: oddali im trzy pokoje, dorzucili rodzinny klimat, czyste powietrze, wiejskie jadło i widoki jak z bajki. Jakieś dziesięć lat temu.

Szatanikowie to czterdziestoparolatkowie. Przed osiemnastoma laty wynieśli się z Wałbrzycha. Co ich stamtąd wygnało? Ano Wałbrzych właśnie. Mieszkali między rzeźnią a koksownią, codziennie zmywali z parapetu warstwę sadzy. W końcu porzucili miasto, dotychczasowe miejsca pracy, zamienili przemysłowy krajobraz na górski. Kupili dawny dom wczasowy od FWP — po pożarze — i wyremontowali go.

Atmosfera i duch natury

W domu Saków jada się własne warzywa, owoce. Na stół gospodarze podają też przez siebie przygotowane sery, jagnięcinę, miód. Latem za oknem kwitną nasturcje, nagietki, dalie. Jesienią robi się grzybobrania. Można łowić ryby albo jeździć konno — są trzy klacze. Normalna gospodarska robota trwa przez cały rok. W wakacje chętnie uczestniczą w niej dzieciaki. Chyba największą frajdą jest dla nich zbieranie i wożenie siana... no i naturalnie chodzenie przy zwierzętach.

Do Brzeźniaka można pojechać nie tylko na lato. Właściciele proponują też wczasy świąteczne albo coś nadzwyczajnego. Wydali na przykład kolację dla profesora Religi i jego przyjaciół.

— Trzeba odróżnić gospodarstwo agroturystyczne od wiejskich hoteli i pensjonatów — mówi pani Beata. — Górale lub ludzie znad morza budują duże domy i wynajmują pokoje. Resztę zapewniają góry lub plaża. Tu, na Pomorzu, jest inaczej. Trzeba coś wymyślić. Prawdziwe gospodarstwo agroturystyczne nie nastawia się na masówkę. Zapewnia intymność. Pozwala nie tylko na rekreację fizyczną, ale i relaks psychiczny... Pobyt w takim domu ma działanie terapeutyczne — wskutek bliskości przyrody, naturalnego życia i ciepłej atmosfery, nieosiągalnej w zorganizowanych ośrodkach turystycznych.

Przestrzeń wokół

W Zachełmiu z kilkunastu domów wczasowych zostały dwa. No i restauracja. Piękne widoki i górski klimat sprawiają jednak, że gospodarze wynajmują pokoje turystom.

Szatanikowie kupili sobie kawałek raju. Fakt, czasem, kiedy zima bardzo śnieżna, trudno dojechać te kilkaset metrów od szosy. Na szczęście — rzadko.

W domu — maleńka pracownia, w której powstają rzeźby. Klientami pracy Jerzego są głównie jeleniogórscy konserwatorzy, ale nie tylko. 95 proc. jego wyrobów trafia do Niemiec i Holandii. Niemieckich zleceń jest coraz więcej. Zdarzają się też prace nietypowe — jak choćby komplet zdobień do karawanu konnego dla holenderskiego kolekcjonera.

Sakowie są już na emeryturze. Beata z wykształcenia jest prawnikiem. Mąż, Andrzej, skończył turystykę na Uniwersytecie Wrocławskim, później był nawet marynarzem, ale jego pasje ogniskują się wokół wsi: jest rolnikiem, cieślą, stolarzem. Jego ręce są niezastąpione w gospodarstwie, a głowa — w działaniach na rzecz agroturystyki — i to nie tylko w Brzeźniaku pod Drawskiem Pomorskim, ale i w województwie. Był nawet na szkoleniu w Irlandii, w ramach programu Touring (PHARE).

Praca plus pielęgnacja

Jerzy Szatanik mówi, że z niego rzemieślnik, a nie artysta. Jego surowcem jest przede wszystkim drewno lipowe. Na szczęście nie potrzebuje poszukiwać pracy, biegać za zleceniami. Ma ich wystarczająco dużo. Irena została nauczycielką, pracuje w szkole w Jeleniej Górze i raczej nie zamierza z tego rezygnować.

Zyski z agroturystyki jeszcze nieprędko będą duże. Mimo sześćdziesiątki i pracy w domu pani Beata wciąż dorabia w mieście. Tłumaczy: główna przyczyna słabej kondycji tego typu turystyki to brak informacji. Aby jakoś temu zaradzić, Sakowie własnym sumptem wydali katalog.

Pani Beata wymienia trzy niezbędne cechy, które musi mieć ten, kto chce żyć jak oni: miłość do zajęcia, wolę współżycia z ludźmi — gościnność i chęć zaspokajania ich potrzeb, no i satysfakcję z tego, co i jak się robi. A pieniądze... No cóż... Mówi, że stosuje prawo ekonomiczne, oparte na trzech filarach — wkład finansowy, praca, pielęgnacja.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Danuta Hernik

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Kariera / / Z dala od Teneryfy