Nikt nie wie, kiedy Polska spełni eurokryteria. Tymczasem Litwa, Estonia i Słowenia właśnie powiązały swoje waluty.
Polska w strefie euro to wciąż daleka perspektywa. Nie przybliżają jej ani ciągłe debaty, ani spory na temat, kiedy, jak i czy w ogóle należy rezygnować ze złotego.
— Korzyści z przyjęcia euro przewyższają koszty i z tego punktu widzenia, im szybciej byśmy przystąpili tym lepiej. Wszystko jednak zależy od spełnienia kryteriów konwergencji z Maastricht — podkreśla Mateusz Szczurek, ekonomista ING BSK.
Dla trzech nowych członków Unii przyjęcie wspólnej waluty przybiera już realne kształty. Litwa, Estonia i Słowenia podjęły właśnie decyzję o przystąpieniu do mechanizmu kursowego ERM II, który jest przedsionkiem euro. Kursy ich rodzimych walut nie będą się mogły wahać więcej niż 15 proc. Teraz kandydatów czeka kontrola deficytu. I tu zaczynają się schody dla Polski.
— Nigdy nie przebijemy małych gospodarek bałtyckich, które już mają usztywniony kurs. Polska potrzebuje trochę czasu, by gospodarka wyszła na prostą. Poza tym data przystąpienia do ERM II jest decyzją dwustronną, a Unia nie jest jeszcze gotowa na przyjęcie tak dużego kraju — zauważa Marcin Mróz, główny ekonomista Société Genérale.
Ekonomiści podkreślają, że nie ma co myśleć o euro bez reformy finansów publicznych, radykalnego ograniczenia deficytu budżetowego oraz dokończenia reform strukturalnych.
— Będziemy gotowi na 2007 r. — zapowiada Wiesław Szczuka, wiceminister finansów.
— Nic nie wskazuje na to, aby Polska mogła spełnić kryterium deficytu w ciągu najbliższych kilku lat — odpowiadają zgodnie ekonomiści.
Zdaniem Marcina Mroza, scenariusz 2007 jest zdecydowanie zbyt ambitny, a gabinet, który ma w perspektywie kilka miesięcy rządów, nie może tego gwarantować.
Wszystko więc będzie zależało od strategii kolejnego gabinetu.