Z łopatą? Tylko w chmurę

Paweł i Wojciech Gurgulowie deklarują jasno: atakujemy ekstraligę IT. Zamiast błyszczeć na salonach, bracia robią swoje, zarabiając coraz większe pieniądze. Z jednym zastrzeżeniem: jeśli rozwój, to tylko z ludzką twarzą.

Kopacze rowów — tak w branżowym slangu określa się polskie firmy z sektora oprogramowania. Konkurujące z zachodnimi rywalami nie tyle jakością i serwisem, ile ceną. Pada wiszące w powietrzu pytanie: Ile głów i w jakiej technologii potrzebujecie? Gdy dobija się targu, wydzielony zespół rusza do outsourcingowego boju. Po wypełnieniu zadania ekipa wraca na łono firmy matki. Polski programista w tym modelu pasował i pasuje idealnie: bo jest bardzo dobry i tani. Ale bracia Paweł i Wojciech Gurgulowie, weterani rynku, wiedzą swoje.

Wojciech:

— Między naszymi gabinetami są wewnętrzne drzwi, zwykle otwarte. Bez przerwy ze sobą rozmawiamy. Pytamy, czy firma ma rosnąć, jaki jest w tym sens? A jeśli rosnąć, to jak to zrobić, żeby korzyść z tego mieli także nasi pracownicy i otoczenie?

Paweł:

— Otworzyliśmy w PGS Software nowy rozdział. Przesuwamy się w rynkowym łańcuchu do modelu usług o wiele bardziej wartościowych niż tylko głowy programistów na wynajem. Mamy już swoją wielkość, tysiące projektów w CV i ambicje. Stawiamy zatem na oferowanie złożonych rozwiązań, a nie jedynie wysyłanie ekipy do prostych, ale czasochłonnych prac.

Lektury na 40 proc.

27, 38, 57, 76, a w tym roku znów wyraźnie więcej. To liczone w milionach złotych roczne przychody PGS Software w ostatnich latach. Firmy, której szeroka publiczność nie ma prawa znać. Stumilionowe przychody nie robią wrażenia? Ponad 20 proc. marży netto wrażenie robi nieco większe, nic dziwnego, że inwestorzy na Giełdzie Papierów Wartościowych wyceniają wrocławski software house na ponad 350 mln zł. Wierzą, że wkrótce spółka będzie w stanie przeskalować się na wyższy poziom, nie gubiąc przy tym recepty na wysokie zyski. Bieżąca wartość PGS to 11 razy mniej niż choćby Asseco? Bracia Gurgulowie, twórcy i większościowi akcjonariusze spółki, przyznają, że o porównywaniu się z potentatami nawet nie myślą. Robią swoje i spółka pęcznieje w takim tempie, jakby wciąż byli start-upem. Żyją ze zleceń od zagranicznych firm, publiczne przetargi i medialną popularność omijając szerokim łukiem. Dokąd ich ta droga zaprowadzi? Dobre pytanie.

— Jest wiele książek o zarządzaniu przedsiębiorstwem. Ale nie ma lektur o zarządzaniu firmą rosnącą przez wiele lat co najmniej 30-40 proc. rocznie. Takie wskaźniki wyglądają świetnie, ale też powodują, że to, co jest dobre teraz, za rok, dwa będzie już niedobre, nie pozwoli wyrobić się na zakręcie. Zatem co kilka kwartałów reorganizujemy się. Teraz robimy firmę na światowym poziomie, a mówimy o niemal 600-osobowym zespole — twierdzi Wojciech Gurgul.

Fruwanie a korporacja

Gurgulowie, choć nie błyszczą na okładkach biznesowych pism, w branży programistów i wśród polskich firm uważani są za postacie wyjątkowe. Raz, że etap młodych startupowców z wybujałymi ambicjami zdecydowanie mają już za sobą, dwa, że bardzo się krzywią, słysząc słowo korporacja i nie kuszą ludzi najwyższymi na rynku bonusami, lecz wyzwaniami, o jakie w innych firmach niełatwo. No i nie są to wymuskani, siedzący w Excelu księgowi. Mają w sobie luz.

— Dobry programista woli pisać oprogramowanie do mercedesa niż volkswagena. To motywuje lepiej niż bonusy socjalne — mówi jeden z pracowników, którzy wybrali mercedesa. 47-letni Wojciech Gurgul odżegnuje się od korporacyjnego sznytu w PGS Software. Żartuje, że okazyjnie jeździ motocyklem, o którym niegdyś tak marzył. Prowokuje to jego brata do opowiedzenia dykteryjki o przygodzie z hippiką, czyli spadaniu z konia przez ogon.

— Nie jesteśmy postrachem korytarzy. Staramy się być częścią zespołu, mieć dobry kontakt z ludźmi. Zresztą część osób, które do nas dołączają, nawet nie wie, że są tu jacyś prezesi. A jeśli wie, to i tak nas nie rozróżnia — żartuje Paweł Gurgul.

— Zatrudniamy coraz więcej siwych głów, doświadczonych w dużych organizacjach, mądrzejszych od nas. Takich, którzy nam powiedzą, że przy tej skali pewne rzeczy już się robi inaczej. Nie chcemy się potknąć w rozwoju, ale nie zamierzamy też kierować naszego tankowca do portu korporacja. Jeszcze nie tak dawno obiecywaliśmy sobie, że każdy nasz oddział liczył będzie najwyżej 50 osób, żebyśmy znali imię każdego pracownika. Ten pomysł nie wytrzymał próby czasu, rozrośliśmy się. Dziś wiemy, że moglibyśmy otworzyć nowe biuro i w Polsce, i na Ukrainie, to ułatwiłoby nam rekrutację. Nie robimy tego w obawie o utratę naszego rysu kulturowego — tłumaczy młodszy z braci. Starszy o siedem lat Paweł przytakuje:

— Kiedyś mówiliśmy o sobie, że tu coś fruwa w powietrzu i każdy po jakimś czasie to wyczuje. Teraz mamy kurs na światową ekstraligę, ale i świadomość, że już nic nie fruwa. Musimy sami jako liderzy opowiadać o swoich celach, wartościach, krystalizować swoje DNA. Programowania to ja już nikogo w firmie nie nauczę, chyba że w wersji archiwalnej, sprzed kilkunastu lat — podkreśla Paweł Gurgul.

Symbioza olimpijska

To właśnie on był lata temu motorem powstania PGS Software, choć tak naprawdę Wojciech, pracujący wówczas na świetnym stanowisku w koncernie GE, był cały czas na orbicie. Wychowywali się w bloku na Grabiszynku, dzielili pokój, w którym Wojciech odbierał lekcje życia od starszego brata. To nie tylko porażki w grze w łapki („klepał mnie tak, że echo odbijało się od bloku naprzeciwko, ale w swoim roczniku nie miałem równych”), lecz także podstaw programowania. Synowie wrocławskich inżynierów dostali od rodziców komputer Commodore 64 i o dziwo, zamiast rzucić się na gry, pogłębiali tajniki programowania, dziedziny, w której Paweł Gurgul był już wówczas — jako student m.in. informatyki — nie lada ekspertem.

— Paweł jest ponadprzeciętnie uzdolniony, zawsze był najlepszy w nauce, wszystko samo wchodzi mu do głowy — chwali brata Wojciech Gurgul. Paweł wtrąca swoje:

— Nikt nigdy nie pamięta, że byłem finalistą olimpiady nawet z języka rosyjskiego. Na to Wojciech: — Za to pamiętam, jak kazałeś mi do znudzenia rysować na ekranie krzywe Lissajous. Pozytywną, mocną więź między braćmi widać na pierwszy rzut oka. Od kilkudziesięciu lat jeden idzie za drugim w ogień, są w stanie wiele poświęcić dla siebie nawzajem.

— To jest właśnie naturalna przewaga, atut PGS-u. Na jego szczycie siedzi dwóch niezwykle łebskich gości, działających w niezwykłej symbiozie. Takiego zarządu nie zbudujesz, zatrudniając nawet najlepsze agencje rekrutacyjne i dając najwyższe pensje w mieście — przyznaje prezes innej wrocławskiej firmy software’owej.

Zgrzyty w operze

Na studiach Paweł udzielał korepetycji z matematyki, a za zarobione pieniądze fundował Wojciechowi prywatne lekcje angielskiego. Pewnego dnia sprawił też młodszemu bratu płytę z ariami ze „Strasznego Dworu”.

— Słuchaj do czasu, aż się nauczysz wszystkich arii, żebyś coś zrozumiał, kiedy zabiorę cię na spektakl — zapowiedział i słowa dotrzymał.

Jak trzeba było, to załatwiał bratu fuchy programistyczne, swego czasu Wojciech został nawet przedstawicielem biura podróży Itaka we Wrocławiu (prezes biura był kolegą z roku Pawła). Natomiast Paweł dostał od Wojciecha pełne wsparcie, gdy po wieloletniej karierze w roli programisty dla niemieckich firm z rynku finansowego zaczął się zastanawiać nad pracą na własną rękę. Gdy jeszcze jako student zarobił w Niemczech przez kilka miesięcy na kawalerkę, poczuł, że w IT, które go bawiło, może być żyła złota. Wahał się, czy ryzykować, nawet dał się zrekrutować na szefa call center obsługującego niemiecki rynek („kwalifikacje miałem nie lada: znałem język i umiałem obsługiwać telefon”).

— Wojtek wystawił mi polisę, obiecując, że jeśli z PGS Software nie będzie się dało wyżyć, to da mi i mojej rodzinie wikt i opierunek. To dodało mi odwagi na starcie — podkreśla Paweł Gurgul. Rzeczywiście początki PGS Software to falowanie i spadanie, zbieranie projektów, zespołu i nauka zarządzania na żywym organizmie. Błędy posuwały młodą spółkę do przodu.

— Widziałem, że wiele rzeczy w kilkunastoosobowej firmie zgrzyta. Wieczorami spotykałem się z Wojtkiem i czerpiąc z jego doświadczenia, konsultowałem kolejne ruchy. Namawiałem go też bardzo do dołączenia do spółki, co nie było takie łatwe. Mogłem mu zaoferować ciekawy projekt, ale przy wynagrodzeniu wyraźnie niższym niż na jego posadzie w GE — wspomina twórca PGS.

Cebula za volvo

Służbowe volvo, duży zespół, globalne projekty, prestiż i wizja rozwoju w GE — niełatwo było namówić Wojciecha na przejście do informatycznego start-upu. Młodszy z braci kilkakrotnie przekładał odejście z korporacji. Doszło do tego, że — również za jego radą — w 2008 r. PGS Software szykował się do debiutu na New Connect („nie pozyskiwaliśmy kapitału z giełdy, weszliśmy na nią ze względów wizerunkowych”). Głupia sprawa, bo do prezesowania spółce Paweł wyznaczył… Wojciecha.

— W końcu uznałem, że to będzie żenująca sytuacja — prezes spółki pracujący na etacie w innej firmie. Oddałem kluczyki do volvo, choć z oporami — żartuje Wojciech Gurgul.

Razem było dużo łatwiej budować firmę marzeń: rekrutowali narybek wśród ludzi po politechnice, nie patrząc na umiejętności techniczne. Po prostu oceniali, czy mają przed sobą człowieka, z którym chcieliby spędzać kilka godzin dziennie w biurze. Szukali typów, których np. ucieszą nagrody w firmowej lidze minikonkursów matematycznych (bracia z zapałem wymyślali zadania dla chętnych). Wygrać można było młotek, worek cebuli… do dziś Gurgulowie mówią zgodnie: matematykę kochają jak mało co.

— Wielu z tamtej ekipy to dziś nasi najlepsi menedżerowie, którzy przychodzili do nas, by wieść życie programistów, wówczas bez ambicji kierowania dużymi zespołami. Mieliśmy szczęście i umiejętność wyłuskiwania świetnych ludzi — podkreśla Wojciech, który do familijnej atmosfery dołożył jakość zarządzania rodem z GE.

— Nie powiem panu, że początki to była praca 24/7. Nigdy nie pracowaliśmy w niedzielę, mamy rodziny, motywował nas rozwój własną drogą,nie bezrefleksyjna pogoń za rozpędzającym się rynkiem — uważa Paweł Gurgul.

Do dziś bracia jak oczka w głowie pilnują ludzkiej twarzy firmy. W czasach, gdy we Wrocławiu programiści traktowani są przez pracodawców niemal nabożnie, nie brakuje tych, którzy w PGS Software znajdują swój ideał. I nie chodzi wcale o biuro rodem z Kalifornii, socjal czy zarobki ponad średnią w branży. Tu wrocławski biznes nie odstaje od peletonu. Wyróżnia się tym, że do prezesa zwracasz się po imieniu, że masz możliwość rotowania projektami i samodzielność w pracy nad technologiami, które będą przyszłością rynku. Wreszcie, że firma współfinansuje studia i szkolenia.

— Okazuje się, że programiści niezwykle doceniają możliwość rozwoju. Teraz w drodze do światowej elity przestawiamy się na tory rozwiązań chmurowych. Nie ma chyba w Polsce drugiej takiej firmy, która tyle i na taką skalę inwestuje w szkolenia i certyfikaty związane z chmurą Amazona. To nie był nasz pomysł, lecz jednego z pracowników — zapewnia Wojciech Gurgul i wtrąca dłuższą dygresję o tym, że cena nie jest już najważniejsza w wyższym segmencie usług IT.

— Jakość procesów, możliwości skalowania projektów, bliskość klienta, doświadczenie, certyfikaty. My to mamy, nie jesteśmy firmą z garażu. Gdy idziemy do banku z londyńskiego City, to nie wchodzimy tam ze spuszczonymi głowami — podkreśla prezes spółki, realizującej kilkaset projektów rocznie dla setki klientów z całego świata. Dlatego w twórcach PGS Software nie ma strachu, że ukraińscy czy chińscy konkurenci za kilka lat wymiotą biznes z portfela wrocławskiej spółki. Nie ma w Europie zbyt wielu graczy, już idących z łopatą w chmurę. 

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: KAROL JEDLIŃSKI

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Z łopatą? Tylko w chmurę