Z polską fantazją

aktualizacja: 24-05-2018, 23:09

Jedną z największych sieci sklepów na Słowacji rozbudował Tadeusz Frąckowiak, zootechnik spod Poznania i... konsul honorowy RP.

Polska lat 90. Fala prywatnych biznesów szybko przekracza granice, szeroko rozlewając się po sąsiednich krajach, mimo że o znalezieniu się w strukturach Unii Europejskiej czy Schengen nikt jeszcze nawet nie marzył. Na tej fali powstawały największe dziś majątki. W ten nurt postanowił też wskoczyć pewien zootechnik z wielkopolskich równin. Wybrał Słowację i wygrał. Dziś jest jednym z najbardziej znanych słowackich biznesmenów.

Wyświetl galerię [1/2]

"CHCIAŁEM COS OSIAGNAC, BEDAC CUDZOZIEMCEM. UDAŁO MI SIE TO W NIEMCZECH, PÓZNIEJ NA SŁOWACJI, ZWŁASZCZA ZE JAKO POLAK MAM INNE PODEJSCIE DO ZYCIA NIZ SŁOWACY" FOT. ARCHIWUM

Komputery w PGR

Różnice między kulturą polską a słowacką są ledwie widoczne, nawet w życiu codziennym.

— Na przykład na Słowacji chleb kroją bardzo grubo, a w Polsce cienko. Niby żart, ale prawdziwy. Wiele lat nie mogłem się przyzwyczaić do grubych kromek i próbowałem rodzinę nauczyć kroić cieniej — wzdycha Tadeusz Frąckowiak, honorowy konsul RP na Słowacji i założyciel spółki, która zarządza m.in. znaną w całym kraju siecią sklepów CBA, czyli takim polskim Lewiatanem.

Dzięki niemu w centrum Liptowskiego Mikulasza przy urzędzie miasta od 15 lat powiewa polska flaga. Ale choć czasem czuje tęsknotę za Polską, stał się również Słowakiem.

— Czysta matematyka. Na Słowacji mieszkam ponad połowę życia — żartuje biznesmen.

Rodzinne strony, miasteczko Kościan w Wielkopolsce, opuścił bardzo wcześnie. Po skończeniu liceum dostał się na studia w NRD, na Wydział Rolnictwa Uniwersytetu Marcina Lutra w Halle i Wittenberdze. Skupił się na informatyce, która wówczas — a były to lata 70. — kojarzyła się najczęściej z powieściami SF.

— Wtedy pojawiły się pierwsze komputery, które można było postawić pod stołem — wspomina Tadeusz Frąckowiak.

Już w szkole średniej starał się robić inne rzeczy niż większość ludzi.

— W nietypowych działaniach i nietypowych sytuacjach stajemy się bardziej zauważalni. W ten sposób zawsze starałem się żyć, studiować i pracować — opowiada biznesmen.

Przywołuje w pamięci czasy, gdy pracował na enerdowskich robotronach, które w latach 80. zrobiły furorę na rynku, zwłaszcza czarnym, bo prywatna osoba nie mogła legalnie kupić słynnego PC1715, opracowanego w zakładach VEB Robotron Büromaschinenwerk Ernst Thälmann Sömmerda. PC1715 wyprodukowano jednak kilka dobrych lat po tym, gdy Tadeusz Frąckowiak skończył studia. Miało na nich miejsce pewne wydarzenie, które zmieniło całe jego życie — poznał przyszłą żonę, Słowaczkę Vierę Hapalową. Od jej imienia nazwie później swoją firmę Verex Holding, znaną dziś na całej Słowacji.

— Miłość od pierwszego wejrzenia? Raczej miłość od pierwszego roku — śmieje się biznesmen.

Po ukończeniu studiów przez trzy lata zajmował się, jako główny zootechnik, planowaniem na bazie programów symulacyjnych w Kombinacie Rolniczym w Świdnicy Śląskiej. W ten sposób odpracowywał stypendium. Spłacił dług w 1980 r. i od razu wyjechał z rodziną do Bratysławy. Nie zagrzali tam jednak miejsca, bo marzyły im się góry. Tadeusz Frąckowiak zaczął więc szukać pracy „z widokiem na Tatry” i dość szybko znalazł ją w Liptowskim Mikulaszu, w PGR-owskim kombinacie, również na stanowisku głównego zootechnika. Dostał też z przydziału mieszkanie. Sprowadził rodzinę i pracował w PGR kolejne 10 lat, wprowadzając pierwsze komputery do kierowania produkcją rolną. Przyjmował również zlecenia jako tłumacz z języków słowackiego i niemieckiego dla lokalnej policji i sądów. W Liptowskim Mikulaszu mieszka do dziś. W tym roku stuknęło 37 lat. W jakim języku teraz myśli?

— Po słowacku. Zresztą w Niemczech zacząłem myśleć po niemiecku już po roku. Tu, na Słowacji, mając słowacką rodzinę, od dawna już nie czuję się cudzoziemcem — zapewnia Tadeusz Frąckowiak.

Dryg do handlu

O powrocie do Polski nie myślał.

— Owszem, przyjeżdżam do kraju, bo mam tu sporo przyjaciół i znajomych, z którymi robiłem różne interesy, ale chciałem coś osiągnąć, będąc cudzoziemcem. Udało mi się to najpierw w Niemczech, gdzie obok studiów prowadziłem biuro Targów w Lipsku, zarabiając wówczas więcej niż zwykły inżynier. Udało mi się sporo osiągnąć również na Słowacji, zwłaszcza że jako Polak mam nieco inną fantazję, inne podejście do życia niż Słowacy — opowiada biznesmen.

Na przykład?

— Dryg do handlu, który mi się przydał, gdy w latach 90., po aksamitnej rewolucji, można było wystartować z inicjatywą prywatną — twierdzi Tadeusz Frąckowiak.

Pierwszą prywatną firmę założył, gdy tylko stało się to możliwe, już w 1989 r. Nazywała się ITF Trading, tworząc skrót od trzech słów: inżynier Tadeusz Frąckowiak. Jednoosobowa wówczas spółka handlowała artykułami rolnymi. — Wtedy na Słowacji handlowało się łatwo, bo nikt przez 40 lat komunizmu nie miał doświadczeń z prywatną inicjatywą. Inaczej niż w Polsce, gdzie ta inicjatywa zawsze istniała,

nawet jeśli była nielegalna. Zresztą nawet dziś, po tylu latach kapitalizmu, wielu ludziom nie chce się pracować na siebie. Wolą być zatrudnieni w jakiejś firmie. Tak jest im wygodniej — uważa biznesmen. Wspomina wolną amerykankę z początku lat 90. W końcu wtedy w prywatnym biznesie wszystkie chwyty były dozwolone. Niestety znany powszechnie polski spryt odbił się Słowakom czkawką. — Polscy handlarze często kupowali towary, za które nie płacili. Zaległości rosły, a z nimi — zła reputacja Polaków. Oczywiście bywało też odwrotnie, ale znacznie rzadziej. Ja już wtedy starałem się walczyć z tą złą sławą. Zawierałem umowy tylko na to, co rzeczywiście mogłem zagwarantować partnerom. Pomagałem też Słowakom przy ściąganiu długów od nierzetelnych polskich firm. Na przykład kupowaliśmy od dłużnika wszystko, co można było potem sprzedać słowackim zakładom przetwórczym — skrzynki, fasolę, przetwory spożywcze itd. Były to czasy rodem z filmów sensacyjnych. Nierzadko nocą jeździło się do kontrahenta po pieniądze z plastikowymi torbami — śmieje się Tadeusz Frąckowiak. W 1991 r. z trzema słowackimi przyjaciółmi założył swoją pierwszą poważną firmę Verex Holding, początkowo zajmującą się importem i eksportem artykułów spożywczych. Z czasem Verex zaczęła „rodzić” spółki córki różnych branż. Dziś czołowym podmiotem w grupie jest firma CBA Verex, hurtownie i sieci sklepów z artykułami spożywczymi, działające w oparciu o węgierską franczyzę. W 2000 r. Verex Holding trafiła do grupy 10 najlepiej prosperujących spółek handlowych na Słowacji. Dziś, po 27 latach działalności, cały koncern zatrudnia w tym kraju 770 osób. Tadeusz Frąckowiak przez 12 lat był prezesem słowackiej franczyzy CBA SK. Pół roku temu przekazał pałeczkę wspólnikowi, pozostając członkiem rady nadzorczej.

Spłata długu

Jeszcze w latach 90. Wojciech Biliński, ówczesny konsul RP na Słowacji, zapytał szefa Verexu, czy nie zechciałby zostać konsulem honorowym, skoro — znając świetnie trzy języki i mając mnóstwo kontaktów — i tak ciągle komuś pomaga. Musiałby jednak przyjąć słowackie obywatelstwo i tym samym zrzec się polskiego. To nie wchodziło w rachubę. W 2002 r. przepisy uległy jednak zmianie: Polacy i Słowacy mogli już posiadać podwójne obywatelstwo. Tadeusz Frąckowiak otrzymał je jako pierwszy. Honorowym konsulem RP na Słowacji z siedzibą w Liptowskim Mikulaszu został na początku 2003 r. i dotychczas jest jedynym honorowym konsulem Polski na całą Słowację, choć od lat postuluje, by mianowano chociażby jeszcze jednego konsula, który zdjąłby z jego barków część obowiązków. A jest ich niemało. Przede wszystkim pomaga naszym krajanom w różnych sytuacjach losowych na Słowacji. Czasem są to bardzo trudne chwile. Szczególnie wspomina dzień, w którym ratrak zmiażdżył młodą polską snowboardzistkę.

— Uczestniczyłem w rekonstrukcji tego wydarzenia, rozmawiałem z jej przyjaciółmi, którzy to widzieli i przeżyli traumę... — opowiada konsul.

Sporo czasu zajmują mu również liczne spotkania, zarówno te oficjalne z dużym przytupem, jak i mniej formalne. Pomaga polskim i słowackim spółkom nawiązywać relacje biznesowe. Stara się, by polska kultura trafiała pod słowackie strzechy — np. w ubiegłym roku wspierał finansowo wydanie zbioru przetłumaczonych na język słowacki wierszy Wisławy Szymborskiej. Książkę rozdawał potem w szpitalach. Sporo wysiłku wkłada też w rozwijanie współpracy między miastami partnerskimi po obu stronach granicy, np. między Żywcem i Liptowskim Mikulaszem. Wspiera również działalność różnych stowarzyszeń Polaków na Słowacji. W dodatku cały urząd utrzymuje własnym sumptem. Twierdzi, że w ten sposób spłaca dług Polsce, nawet jeśli jest on wyimaginowany i dawno spłacony.

Obowiązki konsula w ostatnich latach zaczęły dominować w jego życiu. O Verex Holding jednak się nie boi — firma jest w rękach zaufanych wspólników i rodziny. W tym wszystkim ma nawet czas na hobby. Zimą zawzięcie szusuje, choć na nartach nauczył się jeździć, gdy trafił do Liptowskiego Mikulasza.

— W górach trzeba jeździć na nartach. To taka tradycja — mówi honorowy konsul RP.

Kiedyś co roku jeździł na lodowce. Teraz delektuje się stokami głównie w Wysokich i Niskich Tatrach. Najchętniej w każdy weekend, a jak tylko się uda wygospodarować wolny dzień w tygodniu, również wtedy można go spotkać na stoku. Zresztą z czasem pożenił biznesową żyłkę z narciarstwem, wchodząc we współpracę z Tatry Mountain Resorts (TMR), słowackim operatorem usług turystycznych. Pierwszym wspólnym projektem był zakup termalnego parku w Beszeniowej, do którego potem zapraszał na wakacje — razem z Maciejem Kaczmarskim, konsulem honorowym Republiki Słowackiej we Wrocławiu — dzieci z podwrocławskich domów dziecka, współfinansując ich pobyt w tym kurorcie. Jego współpraca z TMR z czasem zaczęła nabierać tempa, dziś Verex Holding jest współinwestorem w infrastrukturę narciarską i górską — od budowy kolejnych après-ski po stawianie nowych wyciągów.

Na tym nie koniec, bo latem, gdy narty idą w kąt, z chęcią się oddaje innej pasji, jaką jest golf. Pierwszy raz wziął do ręki kij golfowy, gdy miał 50 lat.

— Chciałem sprawdzić, czy w tym wieku jeszcze jestem w stanie nauczyć się w to grać. Nie jest to powszechna dyscyplina, a ja lubię robić to, czego większość ludzi raczej nie robi. Po kilkunastu latach gry osiągnąłem handicap na poziomie 28, a więc jestem średnim graczem. Ale to mi zupełnie wystarcza. Piękna przyroda, czas spędzony ze znajomymi, ruch na świeżym powietrzu… Czego chcieć więcej? — pyta retorycznie biznesmen.

Gra głównie na słowackich polach golfowych. Czasem wyjeżdża za granicę, by wziąć udział w turniejach organizowanych przez partnerów biznesowych. Jakie ma plany na najbliższe lata?

— Chciałbym przekazać większość kompetencji firmowych synowi i moim wspólnikom, by mieć więcej czasu dla rodziny i siebie. Bym mógł jeszcze bardziej korzystać z gór, stoków narciarskich, pól golfowych i aquaparku w Beszeniowej — rozmarza się Tadeusz Frąckowiak.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Dorota Kaczyńska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Z polską fantazją