Za ile dr House wypije Inkę

opublikowano: 07-08-2013, 00:00

Nie trzeba zmuszać serialowych gwiazd do kochania polskich marek. Zrobi to za nie cyfrowy product placement

Doktor House opychający się berlinkami, popijający rozpuszczalną inkę i na deser przegryzający ptasie mleczko? To nie cudowny sen junior media plannera, ale cyfrowa rzeczywistość, która przebojem wkracza na duży i mały ekran. Polskie ramię AXN, jednego z najpopularniejszych kanałów tematycznych nad Wisłą, wprowadziło właśnie do oferty reklamowej digital product placement.

Zobacz więcej

A gdyby tak doktorowi House’owi dostawić na biurko czerwony kubek z logo np. Mokate? Fachowcy z MirriAd twierdzą, że technicznie to żaden problem. [FOT. ARC]

— Marketerzy po raz pierwszy zyskują możliwość pokazania marek w gotowym zagranicznym programie — twierdzi Katarzyna Szeja, account manager w Atmediach.

Na razie cyfrowe lokowanie produktów możliwe jest w serialu kryminalnym „Crossing Lines”. Ale to dopiero początek.

— Nasza technologia pozwala wprowadzić w obraz niemal dowolny produkt, który nigdy nie zaistniał na planie zdjęciowym. Robimy to w taki sposób, że widz nie zauważa żadnej ingerencji — tłumaczy Mark Popkiewicz, szef londyńskiej firmy MirriAd. Mający polskie korzenie Popkiewicz mocno wierzy w swój biznes.

Często lata do Hollywood, gdzie rozwija współpracę ze studiami filmowymi. Kilka miesięcy temu dostał mocne finansowe wsparcie od hinduskiego miliardera Subhasha Chandry, właściciela Zee TV docierającej do 670 milionów widzów w 170 krajach. Jak przekonują spece z MirriAd, Chandra wie, co robi — w końcu co czwarty widz odchodzi od telewizora w czasie emisji reklam. Przed przedmiotami i markami wpisanymiw akcję serialu widz tak łatwo nie ucieknie.

— Dobrze przygotowany marketing tego typu jest co najmniej równie skuteczny, jak klasyczna reklama — uważa Mark Popkiewicz.

Według badań, lokowanie produktu w programach telewizyjnych i filmach zwiększa rozpoznawalność marki nawet o 20 proc.

— Rozpoznawalność marki sięga poziomu 58 proc., kiedy można się na nią natknąć zarówno w reklamie, jak i innych przekazach. W przypadku stosowania wyłącznie reklam nie przekracza 47 proc. — przekonuje Jakub Potrzebowski, szef domu mediowego Equinox, autor książki „Product Placement”. Cyfrowe lokowanie na ekranie nie ogranicza się do efektów znanych polskim widzom z analogowych czasów — np. wielkich banerów w tle niemal każdej akcji filmu „Operacja Samum”.

Wstawienie billboardu, podmienienie obrazu w telewizorze znajdującym się w sfilmowanym pomieszczeniu czy wpasowanie nieruchomego przedmiotu w kadr to drobnostka. Wyższa szkoła jazdy to umieszczenie ruchomych produktów i logotypów. Koszty cyfrowego product placement to około 20 tys. zł za samo prawo do marketingowej ingerencji w jeden odcinek serialu. Do tego nawet kilkanaście tysięcy złotych za cyfrową przeróbkę obrazu. Że drogo?

Za widok Hanki Mostowiak z „M jak Miłość” wjeżdżającej w kartony z logo np. IKEA warto zapłacić każdą cenę.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu