Nadany w niedzielę w telewizji Polsat program „Państwo w państwie” opowiadał historię związaną z restauracją XVIII- wiecznego spichlerza, który w 2008 r. otrzymał nagrodę generalnego konserwatora zabytków za wzorcową rekonstrukcję.

Ludzie, którzy ratowali zabytek, od lat są jednak ciągani po sądach. Dla prokuratury przygotowania do rekonstrukcji spichlerza, czyli rozłożenie drewnianego budynku na oznakowane i zakonserwowane części, było jego zniszczeniem i przekształceniem w bezwartościową kupę desek. Sprawę prowadził Tomasz Tadla, prokurator Prokuratury Okręgowej w Katowicach.
Niedawno oskarżył Ryszarda Krauzego, prezesa i właściciela Prokom Investments, o działanie na szkodę jego spółki. Sąd sprawę umorzył. Prokurator Tadla był też w grupie prokuratorów prowadzących śledztwo w sprawie Barbary Blidy (popełniła samobójstwo). W sprawie spichlerza na cel wziął Aleksandra Brodę, generalnego konserwatora zabytków w latach 1999-2001, i Krzysztofa Stacherczaka, biznesmena, który chciał obiekt ratować. Jego rozsypujące się szczątki kupił w 1997 r. za symboliczną kwotę od spółdzielni kółek rolniczych. Rok później Aleksander Broda przyznał mu dotację na odbudowę i przeniesienie spichlerza w inne miejsce.
Sędzia dba o siebie
Według prokuratora, konserwator zabytków miał przyjąć 16 tys. zł łapówki za „załatwienie” biznesmenowi Krzysztofowi Stacherczakowi państwowej dotacji wysokości 140 tys. zł na renowację spichlerza. Obaj wylądowali za kratkami. Pierwszy — prawie na rok, drugi — prawie na dwa. — Znalazłem się w celi, w której łaziły karaluchy — wspomina Krzysztof Stacherczak.
— Przez 11 miesięcy nikt ze mną nie rozmawiał, tzn. nie byłem potrzebny jako źródło dodatkowych informacji. Po prostu zostałem odizolowany. W telewizji ciągle powtarzano tezę, że przygotowany do renowacji spichlerz to sterta zniszczonych desek — dodaje Aleksander Broda. Zanim prokuratura postawiła obu zarzuty, sprawę dotacji na odrestaurowanie spichlerza badała Najwyższa Izba Kontroli.
Nie dopatrzyła się żadnych błędów i nieprawidłowości. Sądowi nie przeszkadzało to w aresztowaniu urzędnika i biznesmena. — Jeśli wysokiemu funkcjonariuszowi państwowemu zarzuca się wzięcie łapówki, to co miał zrobić w takiej sytuacji sędzia? Gdyby nie zastosował aresztu, ludzie powiedzieliby, że również do sędziego dotarli — mówił w programie sędzia Bogusław Zając, rzecznik Sądu Okręgowego w Częstochowie.
Sprawa trwa
Oskarżenie opierało się na zeznaniach jednej osoby — byłej pracownicy Krzysztofa Stacherczaka. — Pracowała w mojej firmie, jednak została zwolniona. W ramach zemsty oskarżyła nas o łapówki. Wiedziałem, że leczyła się psychiatrycznie. Jestem pewny, że została użyta przeciwko nam. W sądzie odwołała swoje zeznania ze śledztwa — podkreśla Krzysztof Stacherczak.
W 2007 r. Aleksander Broda i Krzysztof Stacherczak zostali przez sąd oczyszczeni z zarzutów korupcyjnych. Za uchybienia w nadzorze nad pracami związanymi ze spichlerzem konserwator dostał rok więzienia i 75 tys. zł grzywny. Biznesmen — 2 lata więzienia i 80 tys. zł grzywny za wyłudzenie drugiej transzy dotacji, nie mając pozwolenia na budowę i kosztorysu planowanej inwestycji.
Czas aresztu zaliczono im na poczet kary. Sprawa dotarła do Sądu Najwyższego, który na początku 2011 r. uchylił te wyroki, dopatrując się błędów w procesie. Nakazał proces o spichlerz rozpocząć od nowa.
— Dla mnie cały okres, w którym się ta sprawa odbywa, czyli 10 lat, jest dowodem na to, że materiał dowodowy jest dyskusyjny — komentowała w Polsacie Julia Pitera, pełnomocnik rządu ds. przeciwdziałania korupcji. Andrzej Celiński, minister kultury w latach 2001-02, który zwolnił Aleksandra Brodę z pracy, podkreślał, że w zaistniałej sytuacji nic innego nie mógł zrobić.
— Gdy sprawa się zaczęła, jeszcze nie byłem ministrem, ale to ja musiałem podjąć bardzo przykrą decyzję zwolnienia pana Aleksandra Brody z pracy. Nie mógł jej wykonywać, siedząc w areszcie. Nawiasem mówiąc, kilkakrotnie zadawałem w tej sprawie pytania ministrowi sprawiedliwości. Ministrowi jest jednak bardzo trudno wchodzić w kompetencje innego ministra — mówił w programie Andrzej Celiński.
„Państwo w państwie”
Program tworzony przez redakcje Polsat News oraz „Pulsu Biznesu” jako jedyny w Polsce piętnuje przypadki nadużywania prawa oraz korupcji i nepotyzmu w relacjach państwo-przedsiębiorca. Scenariusz każdego z programów osnuty jest wokół szczególnie jaskrawego przypadku samowoli urzędniczej, której skutkiem jest bankructwo przedsiębiorstwa, przedsiębiorcy oraz utrata pracy przez pracowników. Dziennikarze ścigają takie przypadki, piętnują nieuczciwych urzędników i upominają się o sprawiedliwość. Ideą przewodnią programu jest walka z powszechnym w klasie urzędniczej przekonaniem, że wszyscy prowadzący działalność gospodarczą to potencjalni przestępcy
Harmonogram
W każdy piątek w „Pulsie Biznesu”
— opis przypadku przedsiębiorcy pokrzywdzonego przez urzędników
W każdą niedzielę o 19.30 — start programu w głównym Polsacie, o godz. 20 — kontynuacja w Polsat News
W każdy poniedziałek — relacja z programu na stronie głównej pb.pl, stronie dedykowanej programowi pwp.pb.pl oraz w kanale wideo na stronie wideo.pb.pl. W każdy wtorek — relacja z programu na łamach „Pulsu Biznesu” wraz z zapowiedzią tematu kolejnego programu.
Zgłoś swój problem
Masz kłopoty z państwowym lub samorządowym urzędem czy instytucją? Czujesz, że jesteś krzywdzony, prokuratura bezpodstawnie Cię oskarża, Twój biznes jest niszczony, a urzędnicy nie dają Ci żyć? Zgłoś się do nas. Zajmiemy się najbardziej kontrowersyjnymi przypadkami. Będziemy je opisywać w „PB” i przedstawiać w Polsacie w programie „Państwo w państwie”. Nie ograniczymy się do jednorazowego nagłośnienia sprawy. Będziemy ją monitorować, naciskać urzędników, polityków i rząd. Nie zostawimy Cię samego. Pisz na adresy:
[email protected] oraz
Kolejna sprawa — Polmozbyt Kraków
23 października 2011 r. w programie „Państwo w państwie” telewizja Polsat przedstawi sprawę Witolda Szybowskiego i innych udziałowców spółki Polmozbyt Kraków. Wobec członków zarządu firmy zastosowano areszt tymczasowy, w tym czasie aktywa spółki zostały wyprzedane za bezcen. Głównymi rozgrywającymi ten proces byli: prokurator Andrzej Kwaśniewski z Prokuratury Okręgowej w Krakowie i Jerzy Jakielarz, naczelnik ówczesnego Urzędu Kontroli Skarbowej. Witold Szybowski jest dziś zniszczonym, schorowanym człowiekiem. Reszta udziałowców nadal walczy o odzyskanie straconych pieniędzy i dobrego imienia.