Czytasz dzięki

Zakochany w Rudolfie

opublikowano: 23-02-2017, 22:00

AUTOPORTRET: „Tak mi wstyd (strasznie wstyd). Lecz zakochałem się. Który raz? Setny raz!”. Nie chciałem, duży piękny SUV. Myślałem przejdzie (bo diesel), ależ skąd!

Gdyby Mieczysław Fogg miał dziś 41 lat i gdyby śpiewał o autach, a nie o miłości, to nazywałby się Marcin Bołtryk. No tak mnie podejść! Tak oszukać! Tak zmieszać z błotem zasady! I tak nie dawać zasnąć! Audi… Nu pagadi!

(A)moralny galop

Bądźmy szczerzy. Ja i SUV jesteśmy jak Jarosław Kaczyński i Donald Tusk. Nie dogadujemy się. Co więcej, ja i diesel jesteśmy jak TVN24 i TVP — zupełnie inna bajka. Krótko mówiąc: sytuacja, gdy świadomie wybiorę SUV-a z dieslem, jest równie prawdopodobna, jak zakopanie topora wojennego między wymienionymi panami. A tymczasem… A tymczasem życie potrafi zaskakiwać. Pamiętam kilka takich zaskoczeń. Za dzieciaka: kiedy się dowiedziałem, że mleko nie jest krowim moczem, o czym byłem przekonany. Nieco później, gdy zrozumiałem, że jeśli ksiądz mówi o sobie per ojciec, to nie oznacza, że spłodził siedzących w kościele obok mnie kolegów. I jeszcze później, gdy okazało się, że część jednak spłodzić mógł. I tak krocząc przez życie, czasem chyżo, czasem con dolore (czyli z bólem), nabieram nowych doświadczeń, spostrzeżeń lub nauk i okazuje się, że pewniki sprzed lat już takimi nie są lub mogą nie być. Że wiedza, doświadczanie lub zwykła proza życia burzy moje przekonania. I że są decyzje, z których wypadałoby się wycofać. Z tym, że wtedy zarzucą mi, żem z zasad odarty. Żem łotr podły, bies wcielony, łobuz i... Nu, pagadi!

Drań, serca nie ma

A właśnie, że mam! Tylko kochliwe. Na szczęście mówimy wyłącznie o miłości do motoryzacji. Otóż kocham silniki benzynowe. Im przysięgałem wierność i je hołubiłem. W pogardzie mając diesle, nawet jeśli raz po raz zerkały zalotnie spod masek coraz bardziej interesujących samochodów. Odporność na umizgi: 10. Ku uciesze mieszkającego w moim garaży dwuipółlitrowego benzyniaka. Za te warkoty, za tę trzęsącą się naturę boksera, za rozkołysanie na wolnych obrotach dałbym się pokroić. Ale czas leciał. Postęp co rusz podsyłał nowe modele. Nie tyle młodsze, ile inne. Zupełnie. Najpierw kusił coraz mniejszymi i jednocześnie mocniejszymi benzyniakami. O zdradzie mowy być więc nie mogło.

Potem los wepchnął mnie w zaułek, z którego nijak nie mogłem się wydostać. Silniki benzynowe przestały mnie pociągać. Stały się małe, wrednie warczące i irytująco „poprawne”. Unijne przepisy skutecznie wygnały spod masek te dzikie i namiętnie rozpędzające człowieka agregaty, zastępując je „pyskującymi” trzycylindrowcami. A co najbardziej irytujące, wmawiano mi, że to to samo. Oczywiście pozostał świat wielkich miłości… znaczy pojemności. Ale gdzieś daleko w filmie czy książce. Bo szanse na wprowadzenie do garażu modelu, w którym gra jeszcze stara muzyka, mam takie same, jak czytające ten tekst panie na ziszczenie się miłości romantycznej jak z romansów Harlequina. Co więcej, owe Ferrari i Porsche też się zmieniły. Nie bardzo, ale takiego błysku w oku (silnika pod maską), w jakim się zakochałem, jakby nie miały. To i smutek mniejszy.

W pysk jak od Tysona

I co? I nic. Obiekty moich motoryzacyjnych westchnień powoli odchodzą w zapomnienie, a próby zakochania się w nowych palą na panewce. Coraz więcej SUV-ów, diesel trzyma się jak rzep psiego ogona, a drobne jaskółki w postaci choćby Toyoty GT 86 tylko wpędzają w melancholijną tęsknotę za tym, co było i nie wróci. Aż tu nagle dostałem strzał. Mocny jak TDI, zdradziecki jak 17 września i to ze strony, z której się tego nie spodziewałem. To tak jak z McDonald’sem. Idziesz tam, jesz, ale raczej się w tym jedzeniu nie zakochasz. Ot, napełnisz żołądek. No i napełniłem. No i chcę napełniać wciąż i wciąż. No mi wstyd. Bo obiekt mej miłości: a — nie jest w moim typie, b — jest SUV-em, c — ma diesla, d — jest prawie autonomiczny. Totalne zaprzeczenie tego wszystkiego, czego chcę od motoryzacji. Antonim. Zgoda, w samochodach zakochuję się częściej niż Mieczysław Fogg w kobietach. Ale z autami mi szybko przechodzi. Nie tym razem jednak. Oto obiekt moich westchnień: Audi SQ7. Nie jest „małą, szczupłą, blond”, jest zwalistym SUV-em. Do tego pełnym „izolatorów”, czyli systemów (często półautonomicznych), których celem jest sprawienie, byś nie powędrował tam, gdzie chcesz powędrować, nie tam, gdzie prowadzi pani odśrodkowa lub pan nadsterowny. Piszę izolatorów, bo w mojej motoświadomości systemy te, choć pomocne, odcinają kierowcę od drogi. A ja wolałem po staremu. Wiecie: skóra o skórę, a nie przez prześcieradło. Tymczasem…

Faktów garść

…wsiadłem do auta, w którym tych „prześcieradeł” jest więcej niż w hotelu Gołębiewski, poduszek jak w kurpiowskiej chacie, systemów jak na stacji orbitalnej i do tego to SUV. Wsiadam, przekręcam kluczyk. I jeszcze nie ruszyłem, jeszcze go nie poznałem, a już naładowali mi brzuch. No tak! Zawsze lubiłem zwierzęta. Ale motyle? W brzuchu? Pełen nadziei, że mi się wydaje (wiecie: SUV, diesel), ruszyłem. No i oto garść faktów i opinia na temat SQ7 po kilku dniach za jego kierownicą. Fakt pierwszy: Audi SQ7 jest flagowym modelem, który ma pokazać innym ich miejsce w szeregu. I to robi. Potężne V8 TDI poganiane trzema (tak, trzema!) turbinami, z który jedna zasilana jest elektrycznie, nie tylko raz na zawsze likwiduje pojęcie turbodziury, ale ze swoimi czterema litrami, 435 KM i 900 Nm nie ma sobie równych w świecie wielgachnych SUV-ów. Fakt drugi: nie brzmi jak diesel. I choć pije purytańską ropę, robi to z gracją benzyniaka. Gracja znaczy w tym przypadku rasowy i basowy dźwięk godny nie tylko usportowionej wersji modelu, ale lepszy niż wydaje niejeden silnik na etylinę. Fakt kolejny: choć ze względu na cenę (ponad 500 tys. zł) zabrzmi to niedorzecznie — naprawdę rozsądny wybór. Wielki SUV o „suvowych” umiejętnościach, który w chwil kilka możesz przekształcić w bolid, tnący powietrze (4,8 s do 100 km/h), a przy tym zupełnie nie męczący przy codziennej spokojnej jeździe. To przy ponad 400-konnych autach benzynowych o podrasowanych aspiracjach rzadkość. Auto, które przyspiesza tak, że to już w zasadzie nie jest przyspieszenie, lecz cofanie się świata, umie palić mniej niż 10 l na 100 km. Tak — w SQ7 to możliwe. Oczywiście z lekką prawą stopą. Ale w benzyniaku o podobnych możliwościach w ogóle nie jest możliwe. Fakt ostatni: prowadzenie. Rodem z sedanów lub nawet aut sportowych. Zaawansowana technologia zawieszeniowa Audi to majstersztyk, który sprawia, że pudełkowate wysoko zawieszone nadwozie zupełnie nie przeszkadza w tym, co tygrysy lubią najbardziej. Szybkim pokonywaniu zakrętów.

Skazany na samotność?

Stoję teraz przed lustrem. Przecieram 40-letnią twarz. Liczę zmarszczki i zastanawiam się: kiedy i jak się odkochałem się w „benzynożłopach”? Na korzyść dzieła Rudolpha Diesla. Ale co bym zrobił i jak się starał, nie da rady tego odwrócić. Bo jak tu na nowo uwierzyć w Świętego Mikołaja, kiedy odkryło się klocki Lego w szafie z pościelą. Nowa wysokoprężna i niesłychanie mocna miłość może być jednak, niestety, skazana na niespełnienie. Diesle są wypierane z rynku. Wchodzą na niego hybrydy i inne elektryki. Może nie dziś i może nawet nie jutro moja nowa miłość życia odejdzie do lamusa jak benzynowe „dwa i pół turbo”. Cóż… Może moje wówczas 50-letnie życie znowu mnie zaskoczy? Teraz czekam już tylko na debatę panów Jarosława i Donalda. Panowie! To możliwe. Skoro ja się rozkochałem w dieslu… &

Zmyłka. Stoisz obok na światłach i widzisz z pozoru zwykłe Audi SQ7. Jeśli przeoczysz ogromne zaciski hamulcowe i niecodzienne brzmienie, wydobywające się z układu wydechowego, gotowyś stanąć z nim w szranki. To błąd.

Opiekun. SQ7 możesz wyposażyć we wszystko, co można wepchać do każdego innego Audi Q7. Z tym, że w SQ7 elektroniczni asystenci mają dużo więcej pracy. Muszą upilnować ciebie, podnieconego władzą nad 435 końmi mechanicznymi i 900 Nm.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: MARCIN BOŁTRYK

Polecane