Były grupowe zwolnienia i zarząd komisaryczny. Są dobre wyniki finansowe i miejsce wśród Gazel Biznesu.
— Przed 1990 r. fabryka eksportowała połowę swoich wyrobów do tzw. krajów demokracji ludowej. System się rozpadł, eksport stanął, a Famad z dnia na dzień stał się bankrutem — wspomina Mieczysław Fluder, dyrektor naczelny i prezes zarządu.
W pierwszej połowie lat 90. stanął na czele zarządu komisarycznego. Jego pomysłem na wyjście z kryzysu było postawienie na technologię klejenia drewna.
— Wiedzieliśmy, że wiele budynków ma stare, nieszczelne okna, a ceny prądu i ogrzewania wzrosną. Nietrudno było zgadnąć, że powstanie wkrótce wiele zakładów produkujących okna. Dlatego zadecydowałem, że musimy się zająć produkcją urządzeń do klejenia drewna, które są wykorzystywane przy produkcji okien i drzwi — wyjaśnia prezes Fluder.
Dzisiaj Famad produkuje maszyny dla stolarki budowlanej, urządzenia do transportu międzyoperacyjnego (taśmowe i rolkowe), hydrauliczne podnośniki nożycowe, cylindry hydrauliczne i żeliwne zawory przemysłowe dużych średnic dla przemysłu chemicznego i chłodniczego. Największe zyski przynoszą jednak urządzenia dla zakładów produkujących okna i drzwi.
— Naszymi odbiorcami są nie tylko duże firmy, jak Fakro czy Velux. Mamy też mniejsze maszyny dla drobnych producentów — mówi Mieczysław Fluder.
Lista jest imponująca — jej wydrukowanie (z małymi zdjęciami) ze strony internetowej zajmuje laserowej drukarce ponad minutę.
Uwolnić się od przeszłości
Praktycznie w każdym zakątku Polski są dziś paczkowskie maszyny.
— Jeszcze w połowie lat 90. musiałem wykorzystywać swoje kontakty i przekonywać, że warto u nas zamówić sprzęt, że się dźwigniemy, że fabryka będzie istnieć. Teraz odbiorcy sami się zgłaszają — chwali się Mieczysław Fluder.
Zwiedzamy rozległy teren zakładu. Grudniowe, nasiąknięte mgłą popołudnie rozjaśniają zapalane kolejno lampy.
— Załoga kończy pracę o 14.00. Produkujemy nowoczesne maszyny, ale sami mamy jeszcze sporo leciwych. Wie pan, jak trudno kierować zakładem, w którym są stare rozwiązania, stare budynki i stare nawyki? Zamiast pięciu dotychczasowych tokarek lepiej postawić trzy, które będą pracowały na dwie zmiany. Większa wydajność, lepsze wykorzystanie, a szybsze wyeksploatowanie będzie służyło większej rotacji maszyn — tłumaczy prezes.
A co zrobić z tyloma halami? Za każdą trzeba płacić podatek od nieruchomości, odnawiać, ogrzać. W jednej stoją gazowe promienniki ciepła. Piętnaście minut przed przyjściem pracowników są automatycznie włączane.
— To oszczędniejsze niż ogrzewanie wodne, ale przydałoby się ocieplenie — mówi prezes.
Jeden z budynków wyremontowano ze środków unijnych.
— Sam piszę projekty o dofinansowanie z Unii. Udało się zdobyć pieniądze na modernizację, ale jest jeszcze tyle potrzeb — frasuje się prezes Famadu.
Nie żałuje, że 11 lat temu stanął na czele fabryki, gdy przechodziła na własność kłodzkiej Zetkamy, by po kilku miesiącach, w 1995 r., przekształcić się w spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością.
Nieograniczoną odpowiedzialnością i troską trzeba się wykazywać w sprawach personalnych.
— Właściwie przejęliśmy rolę szkoły zawodowej. Na rynku brakuje nie tylko kadry średniego szczebla, ale także operatorów maszyn skrawających, ślusarzy. Sami więc organizujemy kursy. Nawet jeśli z 40 uczniów większość wyjedzie za granicę, a zostanie choć dziesięć procent, to już jest dla nas dopływ fachowej siły — tłumaczy Mieczysław Fluder.
Poprawianie natury
Stolarka klejona, wykorzystywana do produkcji okien, jest trwalsza niż lite drewno.
— Tnie się je na małe elementy, wycina sęki, sinizny i inne wady, łączy w sześciometrowe listwy, które później są składane po dwie, trzy i powstaje krawędziak. Z niego dopiero otrzymuje się ramę okienną — wyjaśnia prezes.
Poznaję tajemnicę łączenia na mikrowczepy, prasowania i ściskania z siłą kilku ton i osiemdziesięciu atmosfer. Starannie unikam jednak rozmowy o wyższości stolarki drewnianej nad oknami z PCW.
— Wybraliśmy drewno, bo zawsze było mi po drodze z naturą. Gdy mam wolny czas, spędzam go na działce. Moja specjalność to róże. Mam kilka rzadkich gatunków, ale o tej porze roku nie ma czego podziwiać — zastrzega Mieczysław Fluder.
Gdyby tak zapach róż dało się wprasować w okienne ramy, zimowe wieczory z nosem przy szybie nie byłyby takie szare.



