Zapatyści i pepsi-cola

Agnieszka Rodowicz
opublikowano: 2008-08-01 00:00

Wystarczy odejść kilka uliczek w bok, aby zobaczyć prawdziwe meksykańskie życie. Nie mniej kolorowe niż to sprzedawane turystom.

San Cristobal de las Casas. Miasto, zwane meksykańskim Zakopanem, mimo niestabilności politycznej jest popularne wśród turystów.

Wystarczy odejść kilka uliczek w bok, aby zobaczyć prawdziwe meksykańskie życie. Nie mniej kolorowe niż to sprzedawane turystom.

San Cristobal de las Casas, leżące ponad 2 tys. m n.p.m., jest dawną stolicą i jednym z ładniejszych miast stanu Chiapas, zamieszkanego w ponad jednej trzeciej przez rdzenną ludność Meksyku — Indian. Wokół „indiańskiej stolicy” kraju jest 125 zarejestrowanych komun Majów, mówiących kilkunastoma językami plemiennymi. Ich sytuacja nie jest najlepsza. Pozbawieni ziemi, dyskryminowani, niewykształceni są najuboższą częścią meksykańskiego społeczeństwa. W 1994 r. wybuchło tu powstanie kierowane przez Narodową Armię Wyzwoleńczą Zapatystów — EZLN. Jednym z jej przywódców był człowiek zwany subcomandante Marcos — jego personaliów nie ustalono do dziś.

Zapatyści zwracają uwagę świata na problemy Indian i sprzeciwiają się globalizacji, wykorzystując nowoczesne media (internet, telefony satelitarne). Dlatego nazywani są pierwszym nowoczesnym ruchem rewolucyjnym. Opowiadają się też za pokojowymi metodami, dlatego — poza dwutygodniowym powstaniem — nie używali przemocy. Mimo to wysłano przeciwko nim grupy paramilitarne. Do dziś partyzanci EZLN organizują akcje przypominające o swoim istnieniu, a stan kontroluje wojsko i policja. Mimo to życie płynie tu normalnie.

Filcowy Marcos

Znajdujemy pensjonat. Co prawda, kilkaset metrów od centrum, ale za to w przyjemnym, kilkupiętrowym domu z wewnętrznym patio.

Po zachodzie słońca na bocznych ulicach San Cristobal szybko zapada zmrok. Ale centrum oświetlają latarnie, a życie towarzyskie wre na całego. Na środku Plaza 31 de Marzo — głównego placu miasta — znajduje się skwer. Na ławkach siedzą rodziny z dziećmi. Pod grubymi konarami rozłożystych drzew ulokowali się pucybuci i muzycy wygrywający skoczne melodie niesione przez miękkie i głębokie tony marimby. Po placyku krążą sprzedawcy wszystkiego: fioletowej waty cukrowej, gotowanej kukurydzy z majonezem, wyplatanych opasek. Podchodzi do nas mała dziewczynka z koszykiem drobiazgów. Proponuje filcową figurkę subcomandante Marcosa. Kiedy mówimy, że mamy już taką pamiątkę, wyjmuje dwa gliniane zwierzątka: kojota i pancernika.

— Por cinco, por cinco — mówi, zachwalając towar. Nie bardzo mam ochotę na kolejne pamiątki. Ale postanawiam pohandlować. Proponuję małej, że kupię zabawki, jeśli pozwoli zrobić sobie zdjęcie. Indianie nie lubią się fotografować. Mam nadzieję, że dzięki temu wybiegowi zdobędę jakiś portret. Dziewczynka zgadza się, ale na wszelki wypadek zasłania buzię rękami. Błysk flesza i mała Indianka zostaje uwieczniona na kliszy. A ja, zgodnie z obietnicą, płacę za dwie gliniane figurki po pięć pesos.

Rano jest zimno. Słońce powoli rozgrzewa się nad miastem. Kiedy już mocno świeci, San Cristobal pokazuje się nam w całej krasie. Kolory postkolonialnych domów wręcz gryzą w oczy: żółty, błękitny, czerwony, zielony to chyba ulubione tutejsze barwy. Są też kościoły z białymi elewacjami, wykończone żółtymi bądź niebieskimi lamówkami. Kolorowe są również torby, szale i koraliki sprzedawane na targu przy kościele Santo Domingo przez kobiety z plemion Tzotzil i Tzeltal. Wchodzimy w boczną uliczkę i natykamy się na kolejny targ. Bez cukierkowych pamiątek dla turystów. Są za to żywe świnki i kury, brud i bieda. I tanie knajpki z prostym jedzeniem — gorącą tortillą z białym serem i rozgniecionym awokado.

Święci w areszcie

Kolejny dzień poświęcamy na wycieczkę do jednej z okolicznych wiosek. Wybieramy San Juan Chamula. Mieszkają tam Tzotzilowie, a w każdą niedzielę zjeżdżają okoliczni mieszkańcy na wielki targ.

Mam ochotę pojechać tam konno (wycieczki organizują liczne biura podróży w San Cristobal), ale niestety mój towarzysz nie uznaje tego środka lokomocji. Decydujemy się dotrzeć do wioski na własną rękę. Trochę krążymy po mieście, w końcu znajdujemy przystanek prywatnych busów, tzw. combis. Zatłoczony busik wiezie nas za kilka pesos w góry. Wysiadamy przy głównym placu San Juan Chamula, gdzie wznosi się biały kościół. Wokół trochę biednych zabudowań. I mnóstwo kolorowo ubranych ludzi, głównie kobiet i dzieci. Kobiety noszą białe lub niebieskie wyszywane koszule i czarne spódnice. Grube wełniane szale w kolorze nieba — ochronę przed prażącym słońcem — kładą na głowach. Sprzedają owoce, warzywa, tkane koce, torby i szale. Dzieciaki biegną za nami, łapią za ręce, ciągną za ubrania, wciskają do rąk kawałki materiałów, próbują namówić na jakieś zakupy. Kupujemy świeżo obranego ananasa, którego sok cieknie nam po rękach.

Idziemy do kościoła San Juan Bautista — lokalnej osobliwości. Obcokrajowcy muszą kupić bilet wstępu za kilka pesos. Wchodzimy i zamieramy z wrażenia. Kościół oświetlają tysiące woskowych świec. Przylepione do podłogi tworzą bajkowy klimat. Podłoga świątyni zasłana jest sosnowymi gałązkami. Siedzą na nich (ławek nie ma) wierni. Dorośli plotkują, dzieci baraszkują, wszyscy popijają pepsi-colę z butelek. Nagle leżąca obok torba zaczyna się ruszać, podskakiwać, uciekać. Wystaje z niej łeb kury. Pewnie kupiono ją na ofiarę. Albo obiad. Zastanawiam się, co robi tutaj pepsi — w przedsionku kościoła stoją całe skrzynki tego napoju. Zaglądam do przewodnika. Okazuje się, że tutejsi curanderos — znachorzy — leczą ludzi, używając zaskakujących gadżetów: kur, jajek, świec i pepsi-coli właśnie.

Już wiem, co robi kura w kościele. Teraz moją uwagę zwracają ustawione wokół ścian posągi świętych. Naturalnej wysokości figury odziano w prawdziwe ubrania, obwieszono naszyjnikami z lusterek i zamknięto w szklanych obudowach. Niektóre zakuto w kajdany. Za karę, że nie wysłuchały modlitw wiernych. Ta zadziwiająca mieszanka to skutek przenikania dawnych wierzeń animistycznych do zwyczajów narzuconych Indianom przez katolickich misjonarzy.

Mglisty las

W drodze powrotnej prosimy kierowcę, aby zatrzymał busik przy rezerwacie ekologicznym Huitepec. Leży na wschodnich zboczach Cerro Huitepec, wygasłego wulkanu, jednego z najwyższych szczytów w Chiapas (2700 m n.p.m.). Przez rezerwat wiedzie dwukilometrowa ścieżka edukacyjna, opisująca miejscowe strefy roślinne. Wędrujemy najpierw przez wiecznie zielony las dębowy. Potem są sosny. Zatrzymujmy się na dłużej w części chroniącej rzadko spotykaną, zagrożoną wyginięciem nubliselvę — las mglisty, należący do strefy międzyzwrotnikowej. Występuje w górach na wysokości, w której tworzą się chmury. Wiszące między gęstą roślinnością wodne kropelki spowijają las delikatną, tajemniczą mgiełką. Wygląda tak, jakby wszystko znajdowało się pod wodą.

Sapiemy ciężko, bo ścieżka wiedzie pod górę i jest bardzo gorąco. Wypatrujemy ptaków. Występuje tu ponad 60 gatunków. Ale panuje chyba zbyt wielki upał, aby można je było spotkać. Za to ze szczytu rozpościera się wspaniały widok na okoliczne góry. Jest bardzo cicho, słychać tylko szum wiatru i śpiew chowających się przed naszym wzrokiem ptaków. Drogę powrotną pokonujemy niemal biegiem. Zaraz zamykają rezerwat.

Możesz zainteresować się również: