Zastaw się, a postaw się

opublikowano: 02-07-2019, 22:00

Jest wiele powodów, dla których ludzie pakują się w biedę. Jeden zdecydowanie się wyróżnia: konsumpcja na pokaz

Jak John D. Rockefeller doszedł do fortuny? Znalazł na ulicy ziemniaka. Upiekł go na ognisku i sprzedał. Za zarobione pieniądze kupił dwa ziemniaki i też je sprzedał. Tę operację powtórzył wiele razy, a potem… dostał duży spadek. Śmieszne, ale czy prawdziwe?

Biedni się dorabiają. Z jednej strony w Ameryce i innych krajach rozwiniętych mobilność społeczna jest ostatnio zatrważająco niska, co oznacza, że bez wsparcia rodziny coraz trudniej piąć się po drabinie materialnej i zawodowej. Z drugiej — ciągle pojawiają się nowi tzw. self made milionerzy, czyli menedżerowie, przedsiębiorcy, inwestorzy, którzy do wielkich pieniędzy doszli sami. Aż 82 proc. milionerów dorobiło się majątku, startując od zera — wynika z badań dr. Thomasa Stanleya, socjologa z Atlanty (USA), autora książek „Sekrety amerykańskich milionerów” i „Przestań zgrywać milionera. Lepiej nim zostań”.

Wśród tych bogaczy nie ma jednak wielu absolwentów Harvardu tudzież innych renomowanych szkół. Są natomiast niepozorni pracusie bądź spryciarze po lokalnych koledżach, często bez studiów wyższych, żyjący znacznie skromniej, niż pozwalają im na to zasoby. Mogłoby się wydawać, że na liście amerykańskich krezusów znajdują się głównie prominentni adwokaci, lekarze, architekci, przedstawiciele show-biznesu i inni farciarze zarabiający ponad 1 mln USD rocznie. Nic bardziej mylnego. Tylko 8 proc. przedstawicieli tej grupy to milionerzy. Natomiast zarobki statystycznego milionera wynoszą… 140 tys. USD rocznie. Paradoks? Bynajmniej. Im więcej zarabiamy, tym bardziej się zadłużamy — to jednostki o skromnych dochodach ostrożniej korzystają z kredytów, sklepowych okazji, a także są bardziej skłonne do odkładania na czarną godzinę.

Elita stwarza pozory. Skąd zainteresowanie dr. Stanleya milionerami? Jego ojciec dostarczał gazety mieszkańcom dwóch dzielnic: w pierwszej, którą nazywał niebieską, dominowali robotnicy i niższa klasa średnia, druga, którą określał jako białą, należała do klasy średniej i wyższej. O dziwo „niebiescy” klienci bardziej byli skłonni płacić na czas, dawać napiwki i świąteczne premie. O „białych” mówiło się natomiast, że są zbyt wynośli lub chciwi, by uczciwie nagradzać roznosicieli prasy. Ojciec Thomasa Stanleya doszedł do innego wniosku: uchodzący za bogatych żyją ponad stan, a ich notoryczny brak gotówki bierze się z wysokich kosztów utrzymania domów, samochodów i innych luksusów. Skromni mieszkańcy „niebieskiej” dzielnicy często wydają mniej, niżby mogli, w rezultacie zawsze mają trochę grosza przy duszy. W dorosłym życiu Thomas Stanley przeprowadził wiele badań, aby zweryfikować teorię swojego ojca gazeciarza. Musiał przyznać mu rację.

Wyliczył np., że właścicielami 86 proc. aut prestiżowych marek są niemilionerzy. Co innego wyglądać na milionera, a co innego być nim naprawdę. Szczególnie dzisiaj, w dobie mediów społecznościowych, łatwo tworzyć coś, co psychologowie nazywają iluzją cyfrowej szczęśliwości — pokazywać sukcesy, osiągnięcia i status, którego faktycznie nie mamy. Jeśli kolega z pracy spędził urlop na Majorce, my musimy go przebić wakacjami na Malediwach. Tak nakręca się spirala niepotrzebnych wydatków i pożyczek, a naszych znajomych i tak nie obchodzą nasze zdjęcia z bajkowej plaży. Jak przekonuje „Washington Post”: „Jest mnóstwo słów, żeby opisać przyczyny kłopotów finansowych wielu ludzi, ale jedno zdecydowanie się wyróżnia: udawacze”.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Mirosław Konkel

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu