Wiceminister gospodarki i pracy Piotr Kulpa podał do wiadomości, że bezrobocie na koniec roku 2004 wzrosło do 19 proc., ale w styczniu obniży się do 18,8 proc., na koniec roku zaś spadnie do 14 proc.
Nadmierny optymizm założeń resortu co do sytuacji gospodarczej Polski w roku 2005 może niepokoić. Tak radykalny spadek bezrobocia możliwy byłby tylko pod warunkiem, że w kraju zostałoby stworzonych blisko 800 tys. nowych miejsc pracy. Analitycy szacują, że tegoroczny wzrost gospodarczy wyniesie 4,5-5 proc. To nie wystarczy, aby wykreować tyle nowych miejsc pracy. Sprawę z pewnością utrudni rzesza absolwentów oraz okoliczność, że dużo przedsiębiorstw państwowych zostanie sprywatyzowanych lub zrestrukturyzowanych. Wymóg wprowadzenia kas fiskalnych w małych i średnich firmach może przyczynić się do poszerzenia szarej strefy i nielegalnego zatrudniania osób, które nadal będą figurować w rejestrach bezrobotnych. Przedsiębiorcy obawiają się też o przyszłość z kilku powodów: 2005 jest rokiem podwójnie wyborczym, w związku z czym nie można liczyć na radykalne zmiany w polityce gospodarczej; pilnująca inflacji Rada Polityki Pieniężnej będzie utrzymywać stopy na obecnym lub wyższym poziomie; konsumenci w obawie o przyszłość będą raczej oszczędzać niż inwestować czy dokonywać zakupów. Wszystkie te czynniki sprawiają, iż przedsiębiorcy nie inwestują, a w związku z tym nie zatrudniają nowych pracowników.
Czyżby rząd chował jakiegoś asa w rękawie? Chętnie zapoznalibyśmy się z danymi, na podstawie których MGiP doszło do wniosku, że bezrobocie w końcu roku spadnie do 14 procent...
Richard Mbewe, główny ekonomista Warszawskiej Grupy Inwestycyjnej