Żeby z tego jeszcze były dobre pieniądze

Jeśli ktoś się nie nazywa Karkosik, Solorz lub Branson, nie powinien lekceważyć dyplomów i formalnej edukacji

— Dyplomy dyplomami, ale ty musisz być po prostu pracowity, kreatywny i umieć działać w zespole — tak Bill Gates powitał jednego z absolwentów renomowanej amerykańskiej uczelni MIT. Z jeszcze większą rezerwą do absolwentów prestiżowych szkół odnosił się Henry Ford — dyrektorem swojego laboratorium badawczego mianował byłego sprzątacza, tłumacząc, że woli nieuczonego praktyka niż kogoś, kto ma kilka fakultetów, a nie radzi sobie w życiu i w kontaktach z ludźmi.

Takie anegdoty wzbudzają wesołość, ale problem w tym, że działy HR i rekruterzy w roli menedżerów chętnie widzą osoby po zarządzaniu. Zdawał sobie z tego sprawę Paweł Poręba, szef agencji Pro Media, dlatego podjął decyzję o studiach menedżerskich w warszawskiej Szkole Głównej Handlowej (SGH). Zaznacza, że żaden papier nie gwarantuje już sukcesu w biznesie i w pracy. Jego brak może jednak obniżać wartość kandydata na rozmowie kwalifikacyjnej. Przypuszcza, że nawet wśród szefów personalnych skończył się kult tytułów i dyplomów. Mimo to — mówi — lepiej je mieć, bo wskazują, że ktoś zdobył wystarczające umiejętności i ma wiedzę, by pełnić funkcje kierownicze.

— Jest tylko jedno „ale”: MBA czy podyplomówka mają dla pracodawcy wartość, jeśli pracownik może się też pochwalić długim stażem. Co do mnie, to decyzję o studiach menedżerskich podjąłem dopiero po kilkunastu latach pracy zawodowej. W przeciwnym razie przekazywana na nich teoria byłaby bezużyteczna — mówi Paweł Poręba. Dla Edyty Gałaszewskiej-Bogusz, dyrektor Accenture Operations w Polsce, szkolenia, certyfikaty i dyplomy MBA to dowód, że pracownik chce się rozwijać. Nie przecenia jednak ich roli. Uważa, że są niewielkim fragmentem skomplikowanej mozaiki — profilu kompetencji kandydata.

— Nie uczymy się dla firmy, ale dla siebie. Według najnowszego raportu Accenture „Harnessing workforce”, aż 95 proc. specjalistów wie, że muszą zdobywać nowe kompetencje, jeśli chcą w przyszłości pozostać przydatni dla rynku pracy — wskazuje Edyta Gałaszewska-Bogusz. Natomiast Jakub Bejnarowicz, szef CIMA w Europie Środkowo-Wschodniej, uświadamia, że na MBA świat się nie kończy.

Trzeba pomyśleć też o branżowych i specjalistycznych programach i studiach. Jako przykład podaje tytuł CIMA Cert BA, który jest, według niego, niezbędny dla każdego studenta, który chce w przyszłości zawojować świat finansów lub ekonomii. Taki wpis w CV — przypuszcza — zwróci uwagę potencjalnego pracodawcy, a młodemu człowiekowi otworzy drogę do satysfakcjonującej kariery.

— Dzięki dodatkowym kompetencjom kandydaci będą mieli pewność, że wchodzą do zawodu wyposażeni w kompleksową, bardzo specjalistyczną wiedzę, która w przyszłości, jak wynika z badań Goldman Recruitment, pozwoli im zarabiać nawet o 80 proc. więcej niż inni — tłumaczy Jakub Bejnarowicz.

Jaką ścieżkę edukacji zatem obrać? Zdaniem Pawła Poręby, wskazówką są własne deficyty. Nim podjął studia w SGH, długo się zastanawiał, jakiej wiedzy i umiejętności potrzebuje, by jeszcze sprawniej realizować projekty, współpracować z klientami, tworzyć zespół i zarządzać nim.

— Podstawa wielu programów jest wspólna, ale po przekroczeniu pewnej liczby godzin pojawiają się bardzo wyspecjalizowane zajęcia, typowe dla danej uczelni i studiów. Każdy znajdzie coś, co uczyni go lepszym menedżerem — uważa Paweł Poręba.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Mirosław Konkel

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Firmy / Żeby z tego jeszcze były dobre pieniądze