Złoto znów może zabłysnąć

Krzysztof Kolany
opublikowano: 2021-05-11 20:00

Po przedłużającej się korekcie pojawiły się pierwsze sygnały powrotu hossy na rynku złota. Za takim scenariuszem przemawia nie tylko analiza techniczna, ale też zmiany w sytuacji fundamentalnej, jakie dokonały się w ciągu ostatnich tygodni

Dziewięć miesięcy temu dolarowe notowania złota osiągnęły nominalny rekord wszech czasów wspinając się na wysokość 2077,50 dolarów za uncję trojańską. Żółty metal święcił triumfy w obliczu globalnego załamania gospodarczego będącego skutkiem polityki antycovidowych lockdownów. Wsparciem dla cen złota były też skrajnie niskie stopy procentowe oraz biliony dolarów „wydrukowane” przez Rezerwę Federalną w odpowiedzi na groźbę załamania się systemu finansowego.

Inwestorzy kupowali złoto obawiając się zarówno wzrostu inflacji, jak i ryzyka deflacyjnego krachu w razie niepowodzenia monetarnej i fiskalnej stymulacji gospodarki. Lecz jesienią obawy przed powtórką Wielkiego Kryzysu zaczęły ustępować. Popyt na bezpieczne aktywa malał tym bardziej, że na rynkach akcji szalała hossa podsycana skrajnie ekspansywną polityką banków centralnych i kolejnymi pakietami fiskalnymi w Stanach Zjednoczonych. Co więcej, aż do końca 2020 r. rynki finansowe niespecjalnie martwiły się o inflację.

W rezultacie notowania złota miesiącami zmierzały w dół. Spadkowa korekta trwała aż do marca, gdy dolarowe ceny kruszcu zatrzymały się na poziomie 1680 USD/oz. Czyli z grubsza na linii wyznaczanej przez 61,8-procentowe zniesienia Covidowej hossy. Ponowny test tego wsparcia nastąpił pod koniec marca i od tego czasu kurs królewskiego metalu wyrażony w dolarze podniósł się o prawie 10 proc. Można by więc zaryzykować stwierdzenie, że w ujęciu analizy technicznej korekta zatrzymała się dokładnie tam, gdzie miała się zatrzymać.

W ślady stóp

Między grudniem a marcem notowaniom złota ciążyły rosnące rynkowe stopy procentowe w Stanach Zjednoczonych, co dodatkowo wywierało presję na umocnienie dolara. Oba te czynniki – tj. wyższe realne stopy procentowe oraz mocniejszy dolar – mają negatywny wpływ na wycenę złota. Wbrew potocznej mądrości żółty metal nie jest bowiem najlepszym zabezpieczeniem antyinflacyjnym w krótkim i średnim terminie. Owszem, złoto nieźle utrzymuje siłę nabywczą w okresach liczonych dekadami, ale jego notowania nie zawsze są skorelowane z inflacją CPI.

Tak naprawdę złoto chroni portfel inwestora przed szaleństwami „władców pieniądza”, jakimi współcześnie są bankierzy centralni. Inwestycja w złoto jest zwykle inwestycją ostatniej instancji, gdy wszystkie pozostałe klasy aktywów zawodzą. Inwestor wybierający złoto rezygnuje bowiem z odsetek wypłacalnych przez obligacje lub dywidend i perspektyw aprecjacji kapitałowej oferowanej przez akcje. Dlatego też nie chodzi tu o samą inflację (która w USA i na całym świecie ostatnio szybko rośnie), lecz o realną długoterminową stopę procentową.

Od ponad roku mamy do czynienia z trendem nasilających się oczekiwań inflacyjnych na amerykańskim rynku finansowym. Średnia inflacja implikowana z różnicy pomiędzy obligacjami skarbowymi o stałym kuponie a dochodowością obligacji indeksowanych wskaźnikiem CPI (TIPS) w przypadku papierów 10-letnich sięga 2,54 proc. i jest najwyższa od ośmiu lat. W przypadku horyzontu 5-letniego parametr ten wynosi 2,71 proc. i jest najwyższy od lutego 2008 r. Oznacza to, że uczestnicy największego na świecie rynku długu spodziewają się utrzymania inflacji znacząco przekraczającej oficjalny 2-procentowy cel Rezerwy Federalnej w najbliższych kilku latach.

Do pewnego momentu rosnące oczekiwania inflacyjne rynku finansowego były absorbowane przez wzrost długoterminowych stóp procentowych w USA. Od początku roku do końca marca nominalna rentowność 10-letnich obligacji Wuja Sama podniosła się z 1 do 1,77 proc. W rezultacie realna stopa procentowa dla dolara wzrosła, ale wciąż pozostała ujemna. Była jednak zdecydowanie mniej ujemna (-0,63 proc.) niż w sierpniu 2020, gdy wynosiła -1,05 proc. przy złocie notowanym powyżej 2 000 USD.

Lecz od miesiąca realna długoterminowa stopa procentowa w Ameryce znów spada, co skłania inwestorów do zabezpieczenia się przed inflacją długą pozycją na rynku złota. Wydaje się, że coraz więcej uczestników rynku zaczyna zdawać sobie sprawę z faktu, że ani Fed ani żaden inny duży bank centralny nie zareaguje na postcovidową falę inflacji. Kierownictwo Rezerwy Federalnej deklaruje, że utrzyma praktycznie zerowe stopy procentowe przynajmniej do końca 2023 r. Ponadto po bardzo słabych kwietniowych danych z amerykańskiego rynku pracy rynek finansowy przestał wyceniać wcześniejszą podwyżkę stóp Fedu.

W objęciach inflacji

Mamy więc przed sobą wizję świata, w którym inflacja cenowa w krajach rozwiniętych zapewne trwale przekroczy 2 proc., a może nawet 3 proc. w najbliższych kilku latach. Banki centralne z pełną premedytacja dopuszczą do takiego stanu i będą go tolerować, aby zmniejszyć realne obciążenie gospodarki gigantycznym długiem zaciągniętym w roku 2020 i w latach poprzednich. Jakakolwiek próba powrotu do normalnej polityki pieniężnej byłaby możliwa chyba dopiero w sytuacji, gdyby inflacja CPI w USA i Europie trwale przekroczyła 5 proc. Ale na to się na razie nie zanosi.

A to stawia inwestorów w kłopotliwej sytuacji. Jest niemal pewne, że obligacje skarbowe nie ochronią siły nabywczej kapitału przed nadchodzącą inflacją. Rozgrzany do czerwoności amerykański rynek akcji także jest wrażliwy na wzrost inflacji i rynkowych stóp procentowych, co od lutego widać w zachowaniu indeksu Nasdaq. Na placu boju pozostają zatem tylko bijące cenowe rekordy surowce oraz… złoto i srebro. Te dwa ostatnie są w zasadzie jedynymi proinflacyjnymi aktywami finansowymi, które w ostatnich miesiącach nie przyłączyły się do „hossy wszystkiego”.

Taniej już było?

Nieco inaczej na całą sytuacją patrzą inwestorzy znad Wisły i Odry, dla których walutą odniesienia jest polski złoty. Nasz pieniądz od marca 2020 pozostaje słaby, tłamszony polityką QE i niemal zerowych stóp procentowych w Narodowym Banku Polskim utrzymywanym pomimo inflacji cenowej przekraczającej 4 proc.

W tym kontekście można wręcz powiedzieć, że rynek „dał szansę” polskiemu inwestorowi na początku marca sprowadzając ceny złota w złotych w pobliże 6,4 tys. zł za uncję, a więc do poziomu z marca 2020 r. Od tego czasu złotowe ceny królewskiego metalu poszły w górę o ponad 7 proc. do około 6,9 tys. zł/oz. To jednak wciąż wyraźnie poniżej zeszłorocznego rekordu na poziomie przeszło 7,7 tys. zł/oz.

Warto przy tym mieć świadomość, że dokonując inwestycji w fizyczne złoto nie otrzymamy stawek z rynku terminowego. Ceny za popularne jednouncjowe monety bulionowe zawierają w sobie koszty bicia oraz marżę dilera. W efekcie za najtańsze jednouncjowe sztabki lub monety zapłacimy obecnie ok. 7,2-7,3 zł, czyli 5 proc. powyżej ceny z rynku terminowego przeliczonej po aktualnym kursie międzybankowym dolara.