Waluty z naszego regionu okazały się najmniej odporne w zetknięciu z zataczającym coraz szersze kręgi kryzysem. Każda zła wiadomość napływająca na rynki — także z odległych przecież krajów strefy euro — biła w nie jak w bęben. Można to wytłumaczyć.
W grupie z rublem
W ostatnim półroczu gorzej od złotego i forinta — z wszystkich walut monitorowanych przez agencję Bloomberg — spisywał się jedynie zdewaluowany białoruski rubel. Polska waluta osłabiła się w tym czasie wobec euro o 12 proc. W Polsce i na Węgrzech powszechne jest przekonanie,że rynki światowe potraktowały je niesprawiedliwie.
— Spekulacja na polskiej walucie jest od kilku dni bezdyskusyjnym faktem — grzmiał we wrześniu Donald Tusk, zapewniając, że „źródła tego zamieszania są wszystkie poza Polską”.
— Ponieważ ocena Moody’s nie ma żadnych realnych podstaw, rząd węgierski może ją interpretować tylko jako część spekulacyjnego ataku — komentowało węgierskie ministerstwo gospodarki listopadowe obniżenie przez agencję oceny wiarygodności kraju do śmieciowej. Czarnym charakterem w tej wersji wydarzeń są spekulanci i wielkie banki inwestycyjne. W dealingroomach tych ostatnich Polska i Węgry są traktowane jak dwa jabłka leżące obok siebie w jednym koszyku. Choćby jedno z nich było nieco bardziej krągłe i przyrumienione od drugiego, to i tak ich notowania będą stały podobnie.
Dilerzy znają geografię
Czy dilerzy walutowi nie potrafią odróżnić od siebie dwóch krajów, zrównując nas z obdarzonymi śmieciowym ratingiem Węgrami? Owszem, potrafią.
Dominujące na rynku walutowym wielkie banki inwestycyjne nie zaryzykowałyby ogromnych kwot, którymi obracają, pozwalając sobie na taką nonszalancję. Problem polega na tym, że — podobnie jak Węgry — Polska weszła w nową fazę kryzysu uzależnioną od zagranicznych inwestorów w kwestii finansowania deficytów.
A te rosną jak na drożdżach. W ciągu pierwszych dziewięciu miesięcy bieżącego roku ujemny bilans na rachunku bieżącym Polski pogłębił się o jedną czwartą. Właśnie w takim stosunku wzrosła niekorzystna różnica między wpływami z eksportu a wydatkami na import, między dochodami przynoszonymi przez polskie inwestycje za granicą a kosztami korzystania z zagranicznego kapitału w Polsce, wreszcie między dochodami. Mówiąc krótko — wydajemy więcej, niż zarabiamy, a nierównowaga stale rośnie.
Aby sfinansować taki wypływ pieniądza, kraj, który go doświadcza, musi znaleźć inwestorów chętnych udzielić kredytu na nadmierne wydatki, kupić akcje miejscowych przedsiębiorstw lub zbudować fabryki. Niestety, w czasach kryzysu o takich śmiałków jest coraz ciężej. Gdy trwa burza, kapitał woli wrócić tam, skąd pochodzi i gdzie czuje się bezpiecznie.
Koszyk się sprawdził
W niedoli z ostatnich miesięcy Polak i Węgier okazali się więcej niż bratankami. Dużo bliżej im do bliźniaków.
— Jeżeli inwestorzy stracą wiarę, że Unia Europejska wreszcie podejmie zdecydowane działania antykryzysowe, wiele walut może się znaleźć pod presją. Najgorzej spisywać się będą złoty, forint, południowoafrykański rand oraz real brazylijski — alarmowali analitycy Citibanku w raporcie walutowym wydanym zaledwie dwa tygodnie przed sierpniowym krachem na rynkach akcji.
W przypadku wszystkich czterech wymienionych krajów bank powoływał się na zbyt duże deficyty w rachunku bieżącym i konieczność refinansowania przed końcem znacznej części długu. Niestety, mniej okazałe były rozmiary ich rezerw walutowych, natomiast do wszystkich we wcześniejszych miesiącach napłynęły pokaźne ilości kapitału krótkoterminowego(głównie lokowanego w obligacjach rządowych), które mogły rzucić się do odwrotu.
Po czterech i pół miesiąca od sformułowanej przestrogi koszyk czterech wytypowanych przez amerykańskiego potentata bankowości kandydatów do kłopotów to czołówka w rankingu największych spadkowiczów. Wszystkie waluty znalazły się wśród ośmiu najsłabszych w tym okresie walut. Logika koszyka zadziałała bezlitośnie.
Zatem zanim zaczniemy narzekać, że padliśmy ofiarą spekulantów, cierpimy za cudze grzechy bądź wrzucono nas do niewłaściwego koszyka, warto uderzyć się we własne piersi. Życie na kredyt w czasach prosperity to gotowa recepta na kłopoty w czasach kryzysu. I trudno się zgodzić z polskim premierem, że nasza polityka gospodarcza nie ma z tym żadnego związku.