Bartosz Pawłowski z ING Banku, lider rankingu najlepszych analityków walutowych, uważa, że wkroczyliśmy w bardzo istotny okres dla złotego. Z jednej strony nasza gospodarka szybko się rozwija, co w połączeniu z perspektywą kolejnych podwyżek stóp zachęca do lokowania kapitału w Polsce, z drugiej — sytuacja na rynkach światowych wciąż jest napięta, co zwiększa awersję inwestorów do ryzyka. Miotają się więc między oczekiwaniem na poluzowanie a przekonaniem o zacieśnianiu polityki monetarnej w Stanach Zjednoczonych. Szwajcaria i Japonia są coraz bardziej zaniepokojone słabością swoich walut, a dobre nastroje w strefie euro sprawiają, że można być niemal pewnym, że Europejski Bank Centralny podwyższy stopy.
Specjalista ING Banku uważa, że w krótkim okresie to właśnie czekanie na
kolejny ruch stóp będzie miało fundamentalne znaczenie. Po tym, jak w czerwcu
Rada Polityki Pieniężnej dość nieoczekiwanie dla większości uczestników rynku
podniosła stopy, nasiliły się przewidywania, że władze monetarne będą szybciej
zacieniać politykę pieniężną. Gra pod to spowoduje, że może nie dojść do
sezonowego (związanego m.in. z urlopami zagranicznymi i wypłatą dywidend przez
spółki giełdowe) osłabienia złotego w miesiącach letnich.
Zdaniem ekonomistów, dodatkowym czynnikiem wspierającym złotego powinien
być trwający trend wzrostowy kursu EUR/USD. Łagodny ostatni komunikat
amerykańskiego Fed, w połączeniu ze słabszymi danym, z tamtejszej gospodarki,
które powinny napłynąć w lipcu, spowoduje, że złoty może umocnić się w stosunku
do dolara jeszcze bardziej niż wobec euro.
Pesymiści — jak Marcin Mrowiec z Banku BPH — wskazują, że krajowa waluta
nie będzie już znacząco przybierać na sile. Zdaniem analityka BPH, inwestorzy
zagraniczni kontynuują zmniejszanie swojego zaangażowania na polskiej giełdzie,
zaś perspektywa wzrostu stóp procentowych oraz rentowności nie będzie sprzyjać
zakupom polskich obligacji.
W czerwcu większość miała rację: analitycy ankietowani przez „PB”
prognozowali, że o ile na początku miesiąca złoty może jeszcze trochę się
osłabić, o tyle później powinien odrobić straty poniesione jeszcze w maju. I tak
rzeczywiście się stało. 7 czerwca za euro trzeba było płacić 3,84 zł (najwięcej
od początku kwietnia), ale to był rekord i w kolejnych dniach krajowa waluta
zaczęła się umacniać, dochodząc na koniec miesiąca do poziomu 3,77 zł za euro.
To niemal dokładnie tyle samo, ile na początku maja. Wyjątkowego nosa miał Urban
Górski z Banku Millennium, który co do grosza wytypował w czerwcu notowania
wszystkich trzech walut. Niewiele gorszy był Marcin Grotek z Raiffeisen Bank
Polska (pomylił się w prognozie kursu dolara o 0,02 zł i franka o 0,01 zł).
Kamil Zatoński, [email protected]