Mamy w mieszkaniu wolny kawałek podłogi, moglibyśmy na nim zarobić — tak narodził się pomysł na Airbnb, serwis internetowy, wyceniany dziś na ponad miliard dolarów.
W 2008 r. Brian Chesky i Joe Gebbia, mieszkający w San Francisco, postanowili zaoferować w internecie noclegi gościom konferencji Stowarzyszenia Projektantów Przemysłowych.
Pomysł na odnajmowanie łóżek czy pokoi na noc lub kilka dni chwycił, a serwis szybko ogarnął cały świat. Przez pierwsze trzy lata zarezerwowano na nim 2 mln noclegów, a tylko przez ostatni rok — 8 mln. Bariera 10 mln rezerwacji pękła na początku tego tygodnia.
— Za kilka, kilkanaście lat nasz wynik będzie traktowany jako przełomowy punkt w rozwoju trendu sparing economy, czyli stwarzania możliwości zarabiania dla ludzi z każdego zakątka świata — mówi Brian Chesky, współtwórca serwisu.
W październiku 2010 r. spółka zebrała od inwestorów 7,2 mln USD. Dziewięć miesięcy później zainteresowanie było już dużo większe
— Airbnb dostało 112 mln USD zastrzyku i zaczęło rozwijać biura poza USA, powtarzając strategię Groupona. Dziś w bazie serwisu jest ponad 200 tys. ofert, z czego 95 tys. miejsc noclegowych dostępnych jest w Europie. W Polsce serwis na razie raczkuje, ale dorosłość jest coraz bliżej.
— W czerwcu ubiegłego roku w Polsce poprzez naszą stronę zarezerwowano ok. 600 noclegów. Teraz, po roku, rezerwacji jest 17 tys., co oznacza wzrost o ponad 3000 proc. — mówi Eugen Miropolski, odpowiedzialny za rozwój Airbnb w Europie Środkowej i Wschodniej.
Motorem wzrostu było — oczywiście — piłkarskie EURO.
— Noclegi w Polsce najchętniej rezerwowali Rosjanie, wyprzedzając Irlandczyków, Anglików i Niemców — mówi Eugen Miropolski. Czy Airbnb może stać się poważnym konkurentem dla sieci hotelowych?
— Nie da się tak zaoferować 90 proc. opcji, do których przyzwyczajeni są klienci hoteli. Nie muszą się więc martwić — ich klienci potrzebują restauracji, sal konferencyjnych czy faktur, by koszty mogła ponieść firma — ocenia Alex Kloszewski, szef działu inwestycji hotelowych agencji Colliers.