Andrzej Piasecki, założyciel PIA Piasecki, przeprasza podwykonawców i pracowników budowlanej spółki giełdowej za to, że cała grupa kapitałowa rozsypała się jak domek z kart. Wieloletni przewodniczący rady nadzorczej wierzy jeszcze jednak, że da się ją uratować.
„Puls Biznesu”: Jak się Pan dzisiaj czuje?
Andrzej Piasecki: Kiepsko... Zawaliło się coś, co firmowałem z bratem naszym nazwiskiem. Te tytuły prasowe, ta krytyka zewsząd — to bardzo bolało i nadal boli. Natomiast w kategoriach praktycznych — staliśmy się po tej całej sprawie osobami z finansowymi kłopotami...
Z kłopotami finansowymi?
— Firma była budowana od zakładu rzemieślniczego do spółki publicznej. Cały czas była utożsamiana z naszym nazwiskiem. Nigdy nie wahaliśmy się zastawiać naszych dóbr osobistych po to, aby pozyskiwać finansowanie dla firmy. Teraz sprawy się na tyle odwróciły, że te instytucje mają możliwość dość mocnego sięgania do naszego majątku. Upadek firmy dla nas dwóch byłby nie tylko utratą prestiżu. To także dotkliwa porażka osobista. Ciężko się z tym żyje...
Cofnijmy się zatem do najlepszych lat. Jak to się stało, że Pia Piasecki tak dynamicznie się rozwijał?
— Dzięki odpowiednim decyzjom. W 1994 r. zdecydowaliśmy o działalności w Warszawie. Konkurencja wówczas tego jeszcze nie widziała. Pozyskiwaliśmy kontrakty. Dziś można ocenić, że były one zbyt wysokie jak na poziom naszych kapitałów. Dlatego po wygraniu praktycznie każdego przetargu dostosowywaliśmy firmę tak, aby móc zrealizować zamówienie. W drugiej połowie lat 90. warszawski rynek budowlany rozwijał się dynamicznie, a my z tego korzystaliśmy.
Jak się pozyskuje duże kontrakty, kiedy konkurentami są zachodni potentaci? Dawaliście największe łapówki?
— Nie, to nie o to chodzi. Trzeba cofnąć się o kilka lat. W 1994 r. czy trochę później praktycznie nie było konkurencji w Warszawie. Exbud i Budimex działały jeszcze na rynkach zagranicznych, nie było też zachodnich firm budowlanych, które dopiero testowały rynek. Było miejsce dla nas, tym bardziej że potrafiliśmy się odpowiednio przystosować. Co do korupcji — myślę, że w przypadku dużych kontraktów można mówić raczej o lobbyingu, a nie o korupcji. Tak prestiżowy przetarg jak ten na rozbudowę lotniska Okęcia wywołał przecież interwencje na szczeblu rządowym. Pewnie inaczej to wygląda w przypadku mniejszych kontraktów na niższym szczeblu.
Czy wprowadzenie firmy na giełdę było słuszną decyzją?
— Na pewno tak. W 1997 r. byliśmy chyba jedną z ostatnich firm, która wchodząc na giełdę odniosła sukces. Ze spółki, której nikt by nie porównał np. z Exbudem, staliśmy się szanowanym przedsiębiorstwem. Giełda dała nam wspaniałą reklamę.
A kiedy konkretnie zaczęły się problemy?
— Średni kontrakt realizowany przez naszą firmę opiewał na 30-40 mln zł. Ale były też zamówienia zdecydowanie większe, np. na budowę biurowca TP SA za ponad 300 mln zł czy też budynku TVP za blisko 100 mln zł. Te kontrakty wymagały oczywiście sporego finansowania. Konkurencja powodowała też, że na rynku pierwsze skrzypce zaczęli grać zleceniodawcy. To oni mogli dyktować warunki. Także marże były coraz skromniejsze. Szybko okazało się, że na takie nowe, trudne warunki gry nie byliśmy przygotowani. Firma była po prostu za mała w sensie zaplecza finansowego.
Nie było tego widać na bieżąco?
— Oczywiście, że to zauważaliśmy. Stąd np. emisja obligacji dla Banku Handlowego, który później został dzięki temu największym naszym akcjonariuszem. Następnie była próba przeprowadzenia fuzji z Mostostalem Zabrze. W ubiegłym roku zaś przygotowywana była kolejna emisja obligacji, która już nie doszła do skutku. To chyba był ten moment, który przesądził, że zaczęło się dziać niedobrze.
Po wejściu Banku Handlowego został Pan z bratem inwestorem mniejszościowym. Był to dla Panów problem?
— Nie, bo my nigdy nie chcieliśmy walczyć o kontrolę nad firmą. Rozumieliśmy doskonale potrzeby firmy. Szukaliśmy przecież inwestora branżowego, który po pewnym czasie przejąłby pewnie wszystkie akcje.
Czy nie było błędem pozyskanie najpierw inwestora finansowego, a później dopiero próba znalezienia partnera branżowego?
— Z dzisiejszej perspektywy widać, że był to błąd. Inwestor finansowy powinien wejść do firmy znacznie wcześniej. Załamanie na rynku spowodowało, że rozmowy z partnerem branżowym w końcu 2001 czy w 2002 r. były bardzo trudne.
Co miał dać Państwu inwestor branżowy?
— Pia Piasecki od zawsze był generalnym wykonawcą. W naszej branży oznacza to funkcjonowanie w pajęczynie rozmaitych zależności biznesowo-finansowych. Najpierw firma ponosi koszty przetargu, po jego wygraniu musi zdobyć bankowe gwarancje, a po zakończeniu realizacji kontraktu rozlicza się z kaucji itd. Jeśli w którymś momencie tego procesu coś się zatnie, to wszystko zaczyna się walić. Później wystarczy, że ktoś krzyknie „król jest nagi”, a cała firma składa się jak domek z kart.
Kiedy Bank Handlowy obejmował Wasze obligacje zamienne, nie należał jeszcze do Citibanku?
— Nie. Kiedy wszedł do grupy Citi, sytuacja bardzo się skomplikowała. Pojawiły się nowe struktury, nowe procedury, nowi ludzie...
Jak się rozmawiało z BHW po wejściu Citibanku?
— Zaczęto mówić o konflikcie interesów. Powiedziano nam — jeśli bank jest zaangażowany w equity (akcje), to nie może nam oferować usług typowo bankowych, takich jak kredytowanie. Musieliśmy poszukiwać innych instytucji, a te nie do końca rozumiały taki podział. Pytano nas — dlaczego Handlowy was odsyła do konkurencji? Czyżby wam nie ufał?
Próbowaliście Państwo przeprowadzić fuzję z Mostostalem Zabrze, inną spółką budowlaną z portfela Banku Handlowego...
— Handlowy nie narzucał nam tego połączenia. To był nasz pomysł na fuzję obronną. Myślę, że gdybyśmy spróbowali takich rozmów wcześniej, pewnie pomysł by wypalił. Powstałaby całkiem przyzwoita grupa złożona z Pia Piaseckiego, Mostostalu Zabrze i Przedsiębiorstwa Robót Inżynieryjnych. Działałaby ona we wszystkich gałęziach budowlanki.
Dlaczego taka grupa nie powstała wcześniej?
— Zabrakło nam wszystkim szerszego spojrzenia w przyszłość. Wcześniej rynek tak dynamicznie się rozwijał, że nikt nie myślał o fuzjach. Wyraźnie zabrakło też bodźca finansowego. Budownictwo jest bardzo ściśle związane z możliwościami finansowymi. Bez wsparcia kapitałowego nie było mowy o stworzeniu silnej grupy budowlanej. A wsparcia nie było.
Jak wyglądały rozmowy z Mostostalem Zabrze?
— Szybko okazało się, że zarówno Zabrze jak i my mieliśmy już własne problemy. Doszliśmy do wniosku, że w takiej sytuacji połączenie nie ma sensu. Postanowiliśmy poszukać inwestora oddzielnie. Z myślą o tym bank inwestycyjny CA IB dostał wspólne zlecenie — ze strony spółki i akcjonariuszy. Jednocześnie CA IB miał poprowadzić naszą emisję obligacji. Mogę powiedzieć, że to doradca pierwszy zwrócił nam uwagę na zagrożenie finansowe, które zbliżało się do spółki.
Sama firma nie widziała tego zagrożenia?
— Widziała, ale chyba w nie dość czarnych barwach. Doradca doszedł do wniosku, że bez porozumienia z bankami będzie trudno znaleźć zarówno inwestora finansowego, jak i branżowego, czy też wyemitować obligacje. Próba zbudowania takiego porozumienia między spółką a trzema bankami finansującymi, czyli Bankiem Handlowym, BPH PBK i Kredyt Bankiem, nie powiodła się. Rozmowy przeciągały się. Był czerwiec, zaczęło być głośno o kłopotach Stoczni Szczecińskiej. Bankowcy stali się wtedy nieufni, a my gwałtownie potrzebowaliśmy pieniędzy na dokończenie kilku dużych kontraktów.
Wtedy też zleceniodawcy zaczęli zrywać kontrakty.
— Najpierw Dom Development, później TP SA sięgnęły po gwarancje bankowe. W takiej sytuacji banki również się wycofują. Ruszyła lawina, której nie udało się zatrzymać. Bankowcom wydawało się, że inwestorom powinno zależeć na dokończeniu inwestycji, że pojawią się od nich pieniądze, które zapobiegną dramatowi. Że obie strony będą zadowolone, bo mają wspólny cel — zakończenie kontraktu.
A tak nie jest?
— Z punktu widzenia inwestora znacznie łatwiej sięgnąć po gwarancje bankowe. Za te pieniądze inwestor i tak dokończy inwestycję, wynajmując innego wykonawcę. Z jego strony jest to po prostu bardziej opłacalne rozwiązanie. Prawdziwym gwoździem do trumny była dla nas decyzja Telekomunikacji Polskiej, która skorzystała z gwarancji bankowej na 17 mln zł. Od razu spowodowało to wypowiedzenie kredytu przez Kredyt Bank.
Sytuację miał uratować Piotr Mroczkowski, były wiceprezes Elektrimu, który w ubiegłym roku przejął prezesurę Piaseckiego...
— Myślę, że instytucje finansowe słusznie traktują mnie i mojego brata jak dobrych fachowców od budowania, ale niekoniecznie jako dobrych finansistów. Dziś widzę, że służby finansowe w Piaseckim powinny być wzmocnione znacznie wcześniej. Liczyliśmy, że osoba Piotra Mroczkowskiego będzie stanowić gwarancję sfinalizowania rozmów z instytucjami finansowymi.
Nie udało się...
— Nie, ale nie z jego winy. Błędem właścicielskim było to, że do zarządu trafił tak późno.
Więcej we wtorkowym "Pulsie Biznesu".
Zapraszamy do lektury!