Anioły z powołania

Najbogatsi Polacy, menedżerowie i biznesmeni inwestują w start-upy. To dla nich nie tylko nadzieja na zarobek, ale również pomysł na życie

Jestem start-upowcem absolutnym — deklaruje Michał Sołowow, numer trzy w rankingu najbogatszych Polaków. Zaczynał działalność gospodarczą od start-upów — start-upem była jego pierwsza firma budowlana Mitex. Rozwinął już 14-15 podmiotów, które zaczynały od zera, i pracuje nad kolejnymi. Dały mu majątek wyceniany przez magazyn „Forbes” na 1,87 mld USD. Teraz zaczął się angażować kapitałowo w start-upy, które wymyślili inni — od biomedycyny po śmieci.

Przez ostatnie 25 lat gospodarki wolnorynkowej nauczyliśmy się robić biznes. Coraz więcej jest osób, którym nie wystarcza praca w międzynarodowej firmie. Chcą budować własne projekty. Żeby to się udało, muszą się nauczyć zdobywać kapitał, wiedzieć, do kogo i na jakim etapie się zgłaszać. Jesteśmy na początku drogi do stworzenia startupowego ekosystemu, który powstanie za 10-15 lat — mówi Łukasz Wejchert, właściciel Dirlango.
Wyświetl galerię [1/2]

NA POCZĄTKU DROGI

Przez ostatnie 25 lat gospodarki wolnorynkowej nauczyliśmy się robić biznes. Coraz więcej jest osób, którym nie wystarcza praca w międzynarodowej firmie. Chcą budować własne projekty. Żeby to się udało, muszą się nauczyć zdobywać kapitał, wiedzieć, do kogo i na jakim etapie się zgłaszać. Jesteśmy na początku drogi do stworzenia startupowego ekosystemu, który powstanie za 10-15 lat — mówi Łukasz Wejchert, właściciel Dirlango. Marek Wiśniewski

— Inwestujemy w innowacyjne firmy w dwóch obszarach: rozwiązań technologicznych i ochrony zdrowia. Warto takie firmy wspierać. Obok potencjalnego sukcesu finansowego wnoszą też one wartość dodaną w życie ludzkie — poprawiając jakość życia pacjenta czy umożliwiając jego wyleczenie — mówi Michał Sołowow. Znany rajdowiec nie jest odosobniony w startupowych upodobaniach.

W start-upy inwestuje cała plejada najbogatszych Polaków — od Sebastiana i Grażyny Kulczyków przez Łukasza i Victorię Wejchertów po Michała Niemczyckiego, Roberta Brzoskę czy Jakuba Zabłockiego. Dołącza do nich coraz szersza rzesza biznesmenów i menedżerów, którzy dorobiwszy się na produkcji opon lub zarządzaniu korporacjami, zamiast odkładać oszczędności w bezpiecznym funduszu, wolą zacząć życie od nowa i zainwestować w start-up, któremu przy okazji pomogą rozwinąć skrzydła. To już nie chwilowa moda, ale trend. Znanym aniołem biznesu stał się Robert Lewandowski, piłkarz reprezentacji Polski, który — podobno — na inwestycjach już zarobił.

— Giełda nie jest już dobrym miejscem do zarabiania, wyceny nieruchomości tworzą bańkę, która kiedyś pęknie. Dlatego coraz więcej osób inwestuje w start-upy. To ryzykowny biznes, bo tylko 20 proc. start-upów z danego portfela tworzy dużą wartość, a 80 proc. pada. Ale przy większej liczbie inwestycji ryzyko jest minimalizowane przez efekt skali — mówi Mariusz Turski, prezes AIP Seed Capital.

— Aniołami biznesu są biznesmeni znani z pierwszych stron gazet i osoby szerzej nieznane. Łatwiej rozmawia się z inwestorami, którzy mają duże przedsiębiorstwa, bo oni szybciej podejmują decyzje. Mniejsi potrzebują na to więcej czasu, a potem decyzję trudno wyegzekwować. Potrzebujemy wzorców. Liczę, że znane osoby ustanowią trend, a reszta za nimi podąży — mówi Piotr Krych, prezes Saule

Technologies, który znalazł inwestora dla perowskitów.

Jednorożce i wyższa idea

Finansowanie jest dużym problemem polskich start-upów. Wartość wszystkich inwestycji venture capital w start-upy w Polsce to 26 mln EUR na koniec 2014 r. — wynika z analizy firmy Roland Berger. Dla porównania, europejskie start-upy zebrały 6,9 mld USD finansowania tylko w pierwszej połowie tego roku.

— Brakuje funduszy inwestujących w obiecujące przedsięwzięcia na bardzo wczesnym etapie. Mnie było bardzo ciężko namówić kogokolwiek na inwestycję na samym początku, choć teraz mam ok. 20 współinwestorów we wszystkich swoich spółkach. Jeśli jednak ktoś ma dobry pomysł na biznes, może pojechać np. do Londynu i tam zdobyć finansowanie — mówi Łukasz Wejchert, właściciel Dirlango.

W Polsce sytuacja powoli się zmienia. Rośnie grono osób z wolną dużą gotówką i coraz więcej inwestuje w start-upy. Niektóre anioły biznesu szukają mitycznego jednorożca — tak w branży nazywa się spółki wyceniane powyżej 1 mld USD — wybierając firmy z szansą na sukces na światową skalę.

— To raczej cele profesjonalistów, takich jak Piotr Wilam czy Tomasz Czechowicz. Mnie głównie interesuje wspieranie finansowe i mentorskie ludzi, którzy mają umiejętności i pasje. Mam możliwość uczestniczenia w ich przedsiębiorczej przygodzie, a jeśli odniosą sukces finansowy, tym lepiej — mówi Tomasz Józefacki, wiceprezes giełdowego hurtowego dystrybutora leków Neuca.

Większość osób, z którymi rozmawiał „PB”, traktuje inwestycje w start-upy jako szansę pozostawienia po sobie czegoś większego i możliwość przekazania wiedzy. — Uwielbiam budować wspaniałe firmy. Spędziłem długie lata, odpowiadając za budowę strategii, potem byłem szefem banków nowej generacji. Teraz zajmuję się wyszukiwaniem firm oferujących rozwiązania zmieniające rzeczywistość, w które mogę zainwestować i którym mogę pomóc — mówi David Putts, współtwórca Intelligo, który ma za sobą pracę w Barclaysie, PZU czy McKinseyu.

— Inwestycje w start-upy traktuję raczej jako wyzwanie intelektualne niż formę oszczędzania. Spodziewam się zarobku z bardziej ustabilizowanych biznesów, a finansowanie start-upów to dla mnie możliwość uczestniczenia w rewolucji zmieniającej dotychczasowe modele biznesowe — mówi Piotr Pągowski, były prezes HP. Krzysztof Szczawiński, były bankier inwestycyjny z banków Goldman Sachs i JP Morgan, inwestuje w start-upy związane z edukacją. Nie przez przypadek.

— Ze wszystkich możliwych branż edukacja jest obszarem, w który najbardziej warto się angażować, szczególnie w Polsce, gdzie system edukacyjny mocno kuleje i źle wpływa na ludzi — mówi biznesmen.

Mariaż idealny

Menedżer, który zjadł zęby w korporacji, wnosi do start-upu bezcenną wiedzę — wie, jak poprowadzić spotkanie sprzedażowe, jak ułożyć strukturę firmy czy rozwinąć ją za granicę. W Polsce ta wiedza jest potrzebna i wykorzystywana bardziej niż w krajach zachodnich, które mają za sobą więcej niż 25 lat praktyki na wolnym rynku.

— Anioły biznesu muszą wspierać start-upy od strony zarządczej, sprzedaży i marketingu. Firmy nie rodzą się na kamieniach, inwestycja w nie to bezustanna praca z ludźmi nad poprawą produktu czy business relations — mówi Marek Borzestowski, współzałożyciel Wirtualnej Polski, partner zarządzający funduszu venture capital Giza Polish Ventures. Dobry mentor to także osoba, która pomoże znaleźć inwestora w kolejnej rundzie finansowania.

— Ogromny ładunek energetyczny start-upowców to przyjemność po latach spędzonych w sztywnych ramach korporacji. Ja jestem w stanie znacząco ułatwić im kontakty z menedżerami najwyższego szczebla z międzynarodowych korporacji, co przyspiesza rozwój ich biznesu — mówi Maciej Filipkowski, który odszedł do start-upów ze stanowiska wiceprezesa Samsunga.

Łyżka dziegciu

Prywatni inwestorzy dołączają do szerokiego strumienia publicznych funduszy na innowacje, płynących m.in. z UE. Finansowany przez BGK Krajowy Fundusz Kapitałowy ma do dyspozycji 200 mln EUR, którym dofinansował 16 funduszy, biorąc na siebie część ryzyka, że inwestycje się nie powiodą. Połowa z nich nie wydała jeszcze ani złotego.

— Kapitał na innowacje jest dostępny. Mamy raczej problemy z dobrymi projektami. Wydaje nam się, że jesteśmy innowacyjni, a w rzeczywistości jesteśmy konserwatywni. Wolimy chów drobiu niż produkcję laserów — mówi Marek Borzestowski. Tomasz Czechowicz, założyciel notowanego na giełdzie funduszu MCI, stroni od start-upów. Uważa, że inwestycje na początkowym etapie rozwoju są zbyt ryzykowne. — Inwestycje w start-upy to bańka spekulacyjna, która prędzej czy później pęknie — twierdzi Tomasz Czechowicz.

Spoglądając za ocean

Polska społeczność aniołów biznesu dopiero raczkuje. Dla porównania — amerykańska Angel Capital Association zrzesza ich ponad 13 tys. Społeczność wykształciła grupy tematyczne, np. stowarzyszenie inwestorów zainteresowanych innowacjami w rolnictwie. Inwestorzy zza oceanu pracują w dużych grupach, co zmniejsza ryzyko inwestycji, np. przez wymianę doświadczeń czy dzielenie się udziałami. W Polsce inwestuje się w konkretne projekty, zwykle na własną rękę. Charakterystyczną spuścizną okresu komunizmu jest przemożna chęć kontroli — inwestorzy żądają pakietu większościowego i stawiają liczne warunki, by zminimalizować ryzyko.

ZAPROSZENIE!

Rozwijaj biznes z najlepszymi

Wielcy też zaczynali jako start-upy. Dowiedz się, jak 4 wybitnych przedsiębiorców młodego pokolenia zbudowało innowacyjne biznesy i doszło na szczyt. Porozmawiaj z twórcami sukcesu 4F, iTaxi, CI Games oraz Idea Banku na specjalnej konferencji 25 listopada w Warszawie. Szczegóły>>
© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Magdalena Wierzchowska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu