Bez rewolucji

Adam Sofuł
opublikowano: 2008-09-10 00:00

Rząd przyjął projekt przyszłorocznego budżetu — pierwszego, który może uznać za autorskie dzieło. Kalendarz wyborczy w Polsce sprawia, że każda ekipa rządowa, obejmując władzę, musi zacząć od realizacji budżetu przygotowanego przez poprzedników. Dopiero po roku rząd może się wykazać realizacją własnych pomysłów budżetowych. Mówienie o autorskim budżecie rządu jest przesadą. Resort finansów, który tworzy ustawę budżetową, ma w sumie niewielkie pole manewru — z jednej strony ograniczany jest przez zapisane wcześniej w ustawach wydatki sztywne, z drugiej, przez uwarunkowania makroekonomiczne, bo przy słabnącej koniunkturze gospodarczej trudno oczekiwać budżetowych szaleństw.

Na pierwszy rzut oka projekt budżetu wygląda nieźle. Ale tylko nieźle. Potwierdzona została tendencja do redukcji deficytu budżetowego — w przyszłym roku ma wynieść 18,2 mld zł, co w porównaniu z tegorocznymi planami (27,1 mld zł) jest zdecydowanym postępem. Ale tylko z planami — przypomnijmy, że realnie zrealizowany deficyt budżetowy w 2007 roku to 17 mld zł (a więc mniej niż obecne założenia) przy zaplanowanych 30 mld zł. Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że w tym roku deficyt też będzie mniejszy niż zaplanowany. Kurs na obniżanie deficytu jest więc wyraźny, jednak trudno się oprzeć wrażeniu, że rząd zbyt ostrożnie zmierza do celu. Może dlatego, że mniejszy deficyt zawdzięczamy głównie dobrej koniunkturze gospodarczej, a w mniejszym stopniu oszczędnościom budżetowym. Wydatki sztywne wciąż rosną, chociaż na plus należy zapisać, że nieco wolniej niż w poprzednich latach. Reformy finansów publicznych trudno się jednak w tym projekcie doszukać, a zapewne w następnych latach nie będzie łatwiej. Reforma bowiem coraz bardziej przypomina potwora z Loch Ness — są tacy co twierdzą, że istnieje, ale dowodów wciąż brak. Wypada też docenić obniżkę podatku PIT, a raczej to, że obecny rząd z niej nie zrezygnował (jak niegdyś Grzegorz Kołodko z obniżki CIT), bo to pomysł poprzedniego rządu. Nad zapowiadanym przez obecną ekipę podatkiem liniowym już parę miesięcy wcześniej zapadła głucha cisza.

Rząd stworzył budżet na zasadzie: dla każdego coś miłego. Ekonomistów ma ucieszyć redukcja deficytu, nauczycieli obietnica podwyżek. W obu przypadkach trudno oczekiwać entuzjazmu z powodu skali tych zmian. Rząd nie chciał drażnić rolników, dlatego dotacja do KRUS rośnie o 1,5 mld zł w porównaniu z poprzednim rokiem (to zamiast reformy tej instytucji), optymistycznie za to zaplanowano przychody z prywatyzacji. Założone 12 mld zł to, biorąc pod uwagę praktykę ostatnich lat, byłby wynik imponujący. Projekt ustawy budżetowej jest skutkiem kompromisu — nie tylko między oczekiwaniami a możliwościami, ale także politycznego, jak w KRUS. Ten kompromis nikogo w pełni nie zadowoli, zapewne nawet ministra finansów. Najważniejsze, że udało się nie złamać lekarskiej zasady: po pierwsze nie szkodzić. Ten budżet, o ile zostanie uchwalony w tym kształcie, gospodarce raczej nie zaszkodzi. Ale na solidny impuls wzrostu też nie ma co liczyć.

Adam Sofuł