Bezszelestny triumf w chmurach

opublikowano: 29-07-2018, 22:00

Wyniki tegorocznego wyścigu Pikes Peak zelektryzowały widzów. Dosłownie — elektryczny pojazd po raz pierwszy w historii motosportu pokonał spalinowych rywali

Impreza Pikes Peak International Hill Climb, znana jako wyścig do chmur, to legenda. Odbywa się od 1916 r. w jednym celu — pokonaniu rekordu poprzedniej edycji w jak najszybszym zdobyciu szczytu Pikes Peak w paśmie gór skalistych. Nie ścigają się jednak alpiniści — Pikes Peak to ekstremalny wyścig samochodowy. Trasa liczy zaledwie 19,99 km i ma… 156 zakrętów. Wije się górę, raz między drzewami, raz nad urwiskiem. Meta znajduje się na wysokości 4301 m. n.p.m, start — o 1,5 km niżej. Średnie nachylenie wynosi 7 proc. Często, gdy na starcie panują letnie temperatury, na mecie zalega śnieg, co potęguje wymagania wobec sprzętu i kierowców. Pierwszy rekord (20 minut i 55,6 sekundy) ustanowił Ray Lentz w 1916 r. Potem było już tylko szybciej. Bariera 11 minut pękła jednak dopiero w 1987 r. (Walter Rohrl, 10:47,85). Fani motosportu z pewnością pamiętają występy ekipy Peugeot Sport i rekord, fińskiego mistrza kierownicy Ariego Vatanena, który za kierownica peugeota 405 T16 osiągnął metę w 10:47,22.

Fakt ten został uwieczniony na wielokrotnie nagradzanym krótkometrażowym filmie dokumentalnym „Climb dance” (do obejrzenia na pb.pl). Przez długie lata obraz uznawano za najlepiej oddający istotę motosportu. Efektowna jazda na krawędzi po luźnej nawierzchni i towarzyszący jej ryk mocnego silnika sprawiają, że poza walorami sportowymi w filmie można doszukać się walorów estetycznych (pomijając owady nieestetycznie rozbijające się o oko kamery). Dla mnie Vatanen, prowadzący auto nad przepaścią lewą ręką, a prawą osłaniający oczy przed słońcem, stał się kwintesencją kierowcy. Jego rekord pobił dopiero w 2011 r. Japończyk Nobuhiro Tajmia, w przerobionym suzuki SX4. Co prawda udało mu zejść poniżej 10 min (9:51.28), ale w innych warunkach. Od czasów „Climb Dance” wyścig Pikes Peak zmienił oblicze. Trasa niemal w całości została pokryta asfaltem. Wcześniej kierowcy ścigali się w większości po mniej przyczepnym szutrze.

Zdaniem fanów, wyasfaltowanie drogi ujęło wyścigowi uroku. Zdaniem Sébastiena Loeba, wielokrotnego mistrza świata WRC (World Rally Championship) — nie. W 2013 r. za kierownicą niemal 900-konnego peugeota 208 T16 na Pikes Peak Francuz pokonał 20 km i 156 zakrętów w czasie nieznacznie przekraczającym 8 minut i 13 sekund. Oznaczało to jazdę ze średnią prędkością niemal 146 km/h. Przypomnijmy: mowa o wąskiej, górskiej drodze, na której asfalt od przepaści oddziela tylko namalowana linia. Sébastien Loeb nie tylko ustanowił nowy rekord, ale też zdeklasował rywali. Kolejny w tym wyścigu Rhys Millen wspiął się na górę z czasem o ponad 48 sekund gorszym. Krótko po wyczynie Loeba pojawiły się głosy, że Pikes Peak nie da się pokonać szybciej. Że dotarliśmy do granic fizyki. Otóż nie. Tegoroczna edycja dosłownie zelektryzowała środowisko motosportu — z dwóch powodów. Pierwszym było poprawienie rekordu, i to o blisko 17 sekund, drugim zaś fakt, że Romain Dumas dokonał tego, prowadząc… elektrycznego volkswagena I.D.R. Do tej pory w żadnej poważnej imprezie sportowej auto na prąd nie wyprzedziło spalinowych konkurentów.

Zwycięzca, uzyskując czas 7 minut i 57,148 sekundy, ustanowił nowy rekord góry Pikes Peak i postawił wielki krok na drodze ludzkości do przesiadki w auta zasilane alternatywnie. Motosport od dawna jest poligonem doświadczalnym konstruktorów, którzy ochoczo eksperymentują z wykorzystaniem energii elektrycznej w pojazdach. Bolidy F1 od 2009 r. wyposażane są w system KERS (odzyskujący i wykorzystujący prąd), co czyni je quasi hybrydami. Toyota od kilku lat wystawia w wyścigach auta hybrydowe, a tegoroczną edycję 24-godzinnego wyścigu Le Mans — wygrała. Kolejny dowód na to, że napędy alternatywne są nie tylko bardziej ekologiczne i ekonomiczne, ale też sprawniejsze, dostarczył niemiecki kierowca Timo Bernhard. 29 czerwca 2018 r. okrążył mierzącą 20,832 km długości północną pętlę Nürburgringu w ciągu 5 minut i 19,55 sekundy hybrydowym porsche 919. Tym samym pobił rekord, który ustanowiono ponad 35 lat temu. Przez trzy i pół dekady żadna spalinowa konstrukcja nie była w stanie tego dokonać. Dodajmy, że Nürburgring jest w opinii kierowców wyścigowych, inżynierów i entuzjastów motoryzacji jednym najtrudniejszych na świecie. Elektryczny triumf na Pikes Peak ma w dużej mierze charakter wizerunkowy. VW rozpoczyna elektryczną ofensywę i lada moment zacznie wprowadzać na rynek auta na prąd. Chciał popisać się możliwościami swoich inżynierów i pokazać potencjał technologii. Choć wyścig do chmur wydaje się stworzony dla aut elektrycznych, wyzwań nie brakowało.

Sprawę ułatwiały krótki dystans (odpadły kłopoty z ograniczonym zasięgiem) i ciasne zakręty (wymagają mocy dostępnej „od razu”, a to specjalność napędów elektrycznych), utrudniała zaś masa. Baterie są ciężkie, a auta wyścigowe powinny być lekkie. VW zdecydował się ograniczyć ich liczbę. Zamontowane na pokładzie zwycięskiego bolidu były w stanie zgromadzić energię wystaczającą na pokonanie jedynie 80 proc. trasy. Resztę auto musiało odzyskać, co nie było łatwe. Trasa wiedzie pod górę. Zatem — medal dla inżynierów opracowujących systemy rekuperacyjne. Jak elektryki odmienią motosport? Zachęcam do odwiedzenia pb.pl i obejrzenia, jak rekord Pikes Peak bije volkswagen I.D.R. Nie podkręcajcie głośników. Robi to bezszelestnie. Podoba wam się taki ekologiczny motosportowy klimat?

Przejazd Ari Vatanena z 1988 r.:

Rekordowy przejazd VW  w 2018:

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marcin Bołtryk

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Inne / Bezszelestny triumf w chmurach