BIZNES JEST JAK WYŚCIG

Tadeusz Markiewicz
opublikowano: 1999-12-17 00:00

BIZNES JEST JAK WYŚCIG

Czesław Lang, srebrny medalista olimpijski, biznesmen i organizator Tour de Pologne, twierdzi, że rywalizacja w świecie biznesu przypomina wyścig kolarski. Za plecami lidera jedzie peleton, który jak sfora wilków, gotowy jest wykorzystać jego najdrobniejszą słabość. Dodaje, że w przejściu ze świata sportowego w biznesowy pomogły mu doświadczenie i kontakty zdobyte na Zachodzie.

„Puls Biznesu”: Niedawno na rynku ubezpieczeniowym pojawiła się plotka, że firma z tej branży zamierza przywrócić dawną świetność Wyścigu Pokoju. Okazało się jednak, że pomysł upadł. Ale czy tego typu wyścig stanowi dla Pana konkurencję?

Czesław Lang: Kiedyś Wyścig Pokoju był organizowany z większym rozmachem. W tej chwili prawa do niego przejęli Czesi, a w Polsce rozgrywają się jedynie dwa etapy. Impreza ta znajduje się w niższej klasie niż Tour de Pologne. Twierdzę, że nie stanowi dla mnie żadnej konkurencji. Wręcz przeciwnie, każda impreza, niezależnie od tego, w jakim kraju jest organizowana, pracuje na rzecz popularyzacji kolarstwa na świecie. Któż by znał Miguela Induraina, gdyby nie było Tour de France, któż by znał Ryszarda Szurkowskiego, gdyby nie było Wyścigu Pokoju? Można powiedzieć, że jedna impreza kreuje drugą. Wracając do Wyścigu Pokoju, cieszę się, że ta impreza nadal istnieje. Moglibyśmy być dla siebie konkurencją jedynie wtedy, gdybyśmy organizowali zawody w tym samym czasie albo nawzajem wyrywali sobie sponsorów.

— W polskich warunkach na zbyt wielu poważnych sponsorów nie można chyba liczyć. Zbigniew Boniek postawił wręcz tezę, że większość krajowych firm nie ma pojęcia o marketingu sportowym. Czy więc rzeczywiście nie jest tak, że organizatorzy wyścigów starają się o względy tych samych sponsorów?

— Nie wątpię, że do sponsorów wpływa dużo ofert. Wydaje mi się, że moją przewagą jest to, że jestem profesjonalny w tym, co robię. Jeśli podpisuję umowę ze sponsorem, to mam świadomość, że jego oczekiwania muszę wypełnić co najmniej w 100 procentach. Całość należy traktować jako wzajemną wymianę usług. Firmy nie podpisują umów, kierując się czystą sympatią czy też tylko tym, że ich przedstawiciele lubią daną dyscyplinę sportu.

— A czy zgadza się Pan z twierdzeniem o niedocenianiu marketingu sportowego?

— Odpowiem nieco inaczej: są firmy, które zauważyły, że dzięki wyścigowi koszt dotarcia do klienta jest o wiele tańszy. Sponsoring sportowy pozwala firmom na wyróżnienie swojego produktu oraz wzmocnienie marki, znacznie lepsze niż przez zakup czasu antenowego w mediach. Poza tym sponsorzy zyskują dodatkową nobilitację. Jeżeli na Tour de Pologne przyjedzie drużyna Mapei i jej przedstawiciel zakłada na podium koszulkę danego sponsora, to wygląda to prawie tak, jakby sponsor był właścicielem słynnego zespołu. Twierdzę, że każdy, kto raz spróbuje tej formy promocji, przywiązuje się do niej. No chyba że nagle zmienia strategię... Oczywiście łatwiej jest namówić na sponsoring firmy zachodnie, które mają doświadczenie z macierzystych krajów. Z polskimi przedsiębiorstwami jest dużo trudniej. Myślę jednak, że przed sponsoringiem sportowym jest ogromna przyszłość.

— Czy jest możliwe, że za kilka lat Tour de Pologne będzie miało podobną rangę jak Tour de France?

— Myślę, że już wiele udało nam się zrobić. Kiedy kilkanaście lat temu doszło do połączenia kolarstwa amatorskiego z zawodowym, to w hierarchii wyścigów imprezy amatorskie trafiły bardzo niziutko. W ciągu sześciu lat udało mi się doprowadzić do tego, że Tour de Pologne znalazł się w tzw. grupie tourów narodowych. Co to oznacza? Jesteśmy na takim etapie, w którym możemy zaprosić do startu 60 proc. grup zawodowych z pierwszej dywizji, czyli z listy 22 najlepszych drużyn świata. Z punktu widzenia wyścigu jest to szalenie istotne: co wart jest teatr, na którego deski nie można zaprosić dobrych aktorów.

— Ze względu na budżet Tour de Pologne, z którymi wyścigami można byłoby go zestawić?

— To trudne pytanie. Żaden z organizatorów ze względu na tajemnicę handlową nie ujawnia budżetu. Sponsorzy nie życzą sobie, żeby podawać ich nakłady. Oczywiście nie możemy się równać z Tour de France. Jego przedstawiciele podpisali trzyletnią umowę z firmą Nike o wartości 20 mln dolarów (83 mln zł — TM). Chciałbym mieć taki budżet na 10-15 lat. Cóż, musimy się dostosowywać do krajowych warunków — stąd w Polsce jest większa liczba sponsorów.

— Wspominał Pan o tym, że dobry wyścig musi mieć dobrych aktorów. Czy trudno jest ściągać gwiazdorów na Tour de Pologne?

— Rzeczywiście nie jest to łatwe, ale przede wszystkim pomaga znajomość środowiska. Oczywiście to są też wyższe koszty. Trzymając się porównania teatralnego, dobry aktor musi kosztować. Trzeba pamiętać, że sportowcy mają 10 lat na zarobienie takich pieniędzy, które po zakończeniu kariery pozwolą im przejść do zwykłego życia. W tym czasie ich rówieśnicy są już specjalistami w innych branżach, niektórzy osiągnęli kierownicze stanowiska. To jest strasznie trudny moment w życiu sportowca, kiedy schodzi z piedestału i musi się odnaleźć w nowej rzeczywistości.

— A jak Panu udało się przejść od sportu do biznesu? Co Panu w tym pomogło?

— Pomogło mi przede wszystkim to, że kolarstwo jest sportem indywidualnym. W wyścigu startuje dwustu facetów, którzy są twoimi rywalami, nawet ci, którzy jeżdżą w tym samym zespole. Konkurenci są jak stado wilków, gotowe wykorzystać każdą słabość. Trzeba być niesamowicie wytrzymałym, bo czas trwania touru to w sumie około 40 godzin pedałowania. Człowiek przyzwyczaja się do walki, wyznacza sobie cele i uczy się je realizować.

— Czy obraz tej rywalizacji można przenieść do biznesu?

— Oczywiście, że tak. To są porównywalne kwestie. Mnie pomogły kariera kolarza zawodowego i pobyt na Zachodzie. Zostałem rzucony na głębokie wody. Byłem pierwszym zawodowym kolarzem z Europy Środkowej i Wschodniej, który na dodatek nie znał obcego języka. Wszyscy na mnie patrzyli jak na dziwoląga. W pewnym momencie — jako zawodnik — musiałem się nauczyć siebie sprzedawać, negocjować ze sponsorami i właścicielami grupy. To była dziesięcioletnia, praktyczna nauka biznesu. Po zakończeniu kariery zdobyłem szlify menedżerskie — przez rok byłem szefem zawodowej grupy kolarskiej. I rzeczywiście, dziś mogę powiedzieć, że biznes jest jak wyścig. Na szosie jedziesz po zwycięstwo, w biznesie chcesz odnieść sukces i zarobić pieniądze. W obu wypadkach identyczne mechanizmy.

— Czy jest Pan samoukiem biznesowym?

— Nie. Sporo czytałem i uczyłem się. Ale żeby odnieść sukces w biznesie, moim zdaniem, potrzebni są przede wszystkim ludzie. Jeśli czegoś nie potrafię zrobić sam, to szukam specjalistów.

— Odchodząc od kolarstwa, wiele mówi się o możliwościach zorganizowania igrzysk olimpijskich w Polsce. Spotyka się Pan z ludźmi z Zachodu, jakie są ich rokowania w tej materii?

— Na pewno każde takie wydarzenie to olbrzymia korzyść dla państwa i jego mieszkańców. Przede wszystkim organizacja takiej imprezy pociąga za sobą konieczność inwestycji w infrastrukturę. Mamy przykład: kiedy wytyczamy trasę dla Tour de Pologne, wiele miejscowości prosi o to, by przebiegała one przez ich tereny. Dla gmin to szansa na uzyskanie środków na reperację dróg, które przez dziesiątki lat straszyły dziurami. Tak samo byłoby w przypadku igrzysk. Jeśli udałoby się nam uzyskać prawa do organizacji, to przypuszczam, że powstałaby na przykład sieć dobrych autostrad i jeszcze lepszych hoteli. Co do stosunku ludzi z Zachodu — kiedy na początku przygotowywałem Tour de Pologne, wielu kolegów pytało mnie, czy w Polsce są hotele i czy to prawda, że po ulicach wędrują białe niedźwiedzie. Przez wiele lat byliśmy postrzegani przez pryzmat kolejek do sklepów i wozów konnych na ulicach. Po kilku latach organizowania wyścigu, ich spojrzenie się zmieniło. Teraz już przyjeżdżają nie tyle dla podtrzymania kontaktów osobistych z Czesławem Langiem, ale po to, by wziąć udział w profesjonalnej imprezie.

— Czy w takim razie mamy szansę na organizację igrzysk?

— Oczywiście.

W wyścigu startuje dwustu facetów, którzy są twoimi rywalami, nawet ci, którzy jeżdżą w tym samym zespole. Konkurenci są jak stado wilków, gotowe wykorzystać każdą słabość.

"Trzeba być niesamowicie wytrzymałym,bo czas trwania touru to w sumie około 40 godzin pedałowania. Człowiek przyzwyczaja się do walki, wyznacza sobie cele i uczy się je realizować. Dziś mogę powiedzieć, że biznes jest jak wyścig. Na szosie jedziesz po zwycięstwo, w biznesie chcesz odnieść sukces".