Ministrowi finansów trudno byłoby skonstruować lepszy budżet — uważają pracodawcy. Pracownicy tradycyjnie mają wiele zastrzeżeń.
W piątek pracodawcy i związki zawodowe otrzymali projekt przyszłorocznego budżetu. Ich przedstawiciele zwracają uwagę, że na szczegółową analizę tego dokumentu jest jeszcze zbyt wcześnie, jednak już dziś zgłaszają swoje uwagi.
— Mamy sporo zastrzeżeń — przyznaje Katarzyna Drabczyk, szefowa działu polityki ekonomicznej NSZZ Solidarność.
Różnice zdań
Zdaniem Jana Guza, przewodniczącego OPZZ, założenia budżetowe nie gwarantują rozwoju społeczno-gospodarczego na skalę oczekiwań pracowników.
— Społeczny wymiar założeń powinien znaleźć wyraz w tworzeniu nowych miejsc pracy oraz ograniczaniu sfery biedy. Prognozy rządu dotyczące zwiększenia popytu na pracę i zatrudnienia nie mają uzasadnienia we wskaźnikach makroekonomicznych, zwłaszcza dotyczących wzrostu wynagrodzeń — uważa szef OPZZ.
Związkowcy chcą, by przeciętne płace w budżetówce oraz wynagrodzenia w firmach wzrosły o 5 proc. Pracodawcy uważają, że wystarczy 2 proc. Tymczasem projekt budżetu zakłada, że wynagrodzenie wzrośnie maksymalnie o 3,6 proc., natomiast w sferze budżetowej o prognozowaną inflację, czyli 1,5 proc.
— Związkowcy nie przejmują się finansami publicznymi. Mówią, że wzrost płac napędzi popyt. To może powinniśmy je podnieść o 50 proc., wtedy dopiero popyt by ruszył — ironizuje Jeremi Mordasewicz, ekspert Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych Lewiatan.
Bez zaskoczenia
Jerzy Bartnik, szef Związku Rzemiosła Polskiego, uważa, że konstrukcja budżetu nie zaskakuje.
— Nie widzę w nim odwagi. Do założeń nie można się przyczepić. Martwi mnie jednak, że po cichu tnie się wydatki, np. w turystyce. Boję się, że takich przypadków jest więcej — mówi Jerzy Bartnik.
Jego zdaniem, ekipa wyłoniona w nadchodzących wyborach nie zdąży zrobić dużych zmian w przyszłorocznym budżecie.
Problematyczne transfery
Zdaniem Jeremiego Mordasewicza, pole manewru było niewielkie.
— Stworzenie lepszego budżetu było niemożliwe na skutek uchwalonych ustaw, a także z powodu braku przepisów pozwalających na ograniczenie wydatków państwa. Nie znaczy to jednak, że ten budżet nam się podoba — zastrzega Jeremi Mordasewicz.
Jego zdaniem, budżet nie wykorzystuje koniunktury gospodarczej do poważnego cięcia deficytu, a także długu publicznego.
— A powinien. Nietrudno sobie wyobrazić, jak rozrośnie się deficyt i dług w razie dekoniunktury. Jest szansa, że następny budżet będzie lepszy, jeśli politykom wystarczy sił, by wprowadzić zmiany systemowe — uważa ekspert Lewiatana.
Chodzi o ograniczenie wydatków w sferze transferów socjalnych. Tymczasem szykująca się do przejęcia władzy opozycja chętniej mówi o oszczędzaniu na administracji.
— To nadużycie i kłamstwo przedwyborcze. Polska wcale nie wydaje zbyt dużo na administrację. Problem tkwi w transferach — twierdzi Jeremi Mordasewicz.