Krzysztof Baranowski wygląda przez okno mansardy, ale nie widzi Bałtyku. Wiatr od morza nie porwie mu płaszcza nawet przy dziesiątce Beauforta. Chyba że wsiadłby w InterCity do Gdańska i pojechał przywitać się ze sztormem.
— Warszawa leży w połowie drogi między Bałtykiem a Tatrami, więc mam mniej więcej równo i na narty, i na plażę... A poważnie: po studiach, które kończyłem we Wrocławiu, pracę dostałem w Warszawie. Tu właśnie w dziennikarstwie miałem największe szanse. Później przeniosłem się na obrzeża stolicy. Sezon żeglarski bardzo się teraz wydłużył: lecimy daleko na południe, gdzie jest nasz żaglowiec... Z Warszawy odlatuje się najłatwiej — uzasadnia kapitan.
Krzysztof Baranowski nie ma w domu nawet prawdziwej papugi, z sufitu nie zwisa stare koło sterowe, a po kątach nie walają się tu i tam żeglarskie akcesoria. Kapitan nie poczuwa się do winy.
— Nie przywiązuję wagi do tego sztafażu. Czy żeglarz musi nosić brodę i palić fajkę? Nawet kiedy jestem kapitanem dużego żaglowca i mam 50 ludzi pod sobą, nie wkładam kapitańskiej czapki codziennie — odrobinę prowokuje. I od razu dorzuca:
— Gdyby tak podsumować łączny pobyt na morzu, pewnie uzbierałoby się z 5 lat. Ten czas nabiły mi długie rejsy. Mam też olbrzymią liczbę morskich mil — pływam szybko. A kiedy już jestem na lądzie, moja działalność na ogół związana jest z morzem albo jego popularyzacją. Napisałem 14 książek, poza tym filmy, wykłady, artykuły — zawsze o morzu lub żeglowaniu...
Krzysztof Baranowski nazywa siebie starym kapitanem, ale — oceniając jego plany — trudno się oprzeć wrażeniu, że przymiotnik „stary” to albo kokieteria, albo część żeglarskiej nomenklatury/żargonu/hierarchii.
Trzy domy...
— Chcę sprzedać dom na Zaciszu i wznieść coś na nowej działce w gminie Góra Kalwaria. Tamten na Zaciszu jest za duży, zbudowałem go na inne czasy i potrzeby. Podobno trzeba zbudować trzy domy. Pierwszy dla wrogów, drugi dla przyjaciół, a trzeci — dla siebie. Ten byłby trzeci... Zobaczymy... Na razie jeszcze nic się nie zaczęło, nawet nie mamy pieniędzy. Tylko żona, która dokładnie wie, jaki ma to być dom, już go w myśli urządza — opowiada Krzysztof Baranowski.
Kapitan znacznie chętniej mówi o innej budowie. Ożywia się. Widać, co go tak naprawdę pasjonuje!
...i nowy żaglowiec
— Tak się jakoś przyzwyczaiłem do budowy żaglowców... 30 lat temu zbudowałem Poloneza, 20 lat temu Pogorię i 12 lat temu Fryderyka Chopina. Coraz większe te żaglowce: Chopin jest największym jachtem polskim. To, co chciałbym zrobić teraz, to właściwie udoskonalenie każdej z tych wersji, bo z każdej wyniosłem jakieś doświadczenie. Ten żaglowiec już nie będzie dla młodzieży, ale dla dorosłych — biznesmenów — dodaje Krzysztof Baranowski.
Skąd pomysł? Biznesmeni mają własne jachty. Nie, nie o to chodzi... Lecz o żaglowiec z salą konferencyjną!
— Miałem różne doświadczenia, na przykład z wytwórnią porcelany sanitarnej Sanitec-Koło, sponsorem mojego samotnego rejsu dookoła świata... Chociaż jestem z nimi zaprzyjaźniony, nie mogłem im zaoferować tego, czego chcieli: mieliśmy przyjęcie na 300 osób, ale żaglowiec stał przy brzegu, a ludzie bawili się na nabrzeżu. Na świecie powstają żaglowce wycieczkowce różnych rozmiarów, czasem gigantyczne... My spróbowalibyśmy skromniej, niemniej z szykiem. Mam zaprzyjaźnionego konstruktora nowozelandzkiego, Tomasza Głowackiego — bardzo zdolny, wielokrotnie nagradzany. Zaprojektował, na razie za darmo, taki żaglowiec. Nazwaliśmy go roboczo Polonia. Teraz muszę się zwrócić do biznesu, być może i do „Pulsu Biznesu”, z prośbą o sondaż: jakie byłoby zainteresowanie czarterowaniem go przez firmy? — zastanawia się Krzysztof Baranowski.
Z fabryką w Kole już rozmawiał. Zdeklarowali, że są gotowi podpisać umowę — czarter na tydzień! No i teraz kapitan potrzebuje jeszcze 51 takich firm, by wypełnić cały rok — tydzień po tygodniu.
Wiadomo, że takie rejsy są sezonowe. Sezon w Polsce czy w Europie (Morze Śródziemne) w lecie, zimą — na Karaibach. Wszystkie żaglowce tak pływają. Przelot z jednego akwenu na drugi trwa trzy do czterech tygodni. I na takie okresy — przypuszczalnie — nie znajdą się chętni ze świata biznesu, bo nie mogą na tak długo opuścić pracy. Wówczas na żaglowcu pływałaby Szkoła pod Żaglami.
Wszystko w jednym
— Szaleńczy projekt, ale już dobrze skosztorysowany — wiem, ile potrzebuję pieniędzy, wiem, jak i skąd je dostanę — bo deklaracje firm są gwarancją przychodu. Żaglowiec dziennie powinien kosztować 3 tys. dolarów — całość, z wyżywieniem. Teraz załatwiałem czarter dla znajomych, którzy organizują bal piracki na Morzu Śródziemnym: za jeden wieczór wychodzi 5 tys. euro. Ale taki żaglowiec nie tylko ładnie i prestiżowo wygląda, to jeszcze hotel, restauracja, miejsce na przyjęcie, środek transportu — już od wieków wiadomo, jak bardzo oszczędny. No i rejs, z wszystkimi atrakcjami, jako program wycieczkowy. Nie musimy się umawiać w Gdyni czy w Szczecinie, lecz w Cannes czy w Nowym Jorku. A po przeliczeniu, ile kosztowałoby wynajęcie hotelu za granicą plus koszty wyżywienia, okazałoby się, że to oferta o wiele tańsza niż każda inna — na pewnym poziomie — podlicza Krzysztof Baranowski.
Kapitan nie oczekuje zysków dla siebie, zresztą z żadnej wcześniejszej budowy nie wyniósł nic — w sensie finansowym. Na przykład Fryderyka Chopina budowano bez pieniędzy. Kosztował 4 mln dolarów. Przedsiębiorstwa zainteresowane reklamą dawały to, czego wymagała budowa żaglowca, a Baranowski zapraszał je do telewizji, ogłaszał ich udział w przedsięwzięciu: dawał to, czego potrzebowały. Blachy przekazała Huta Częstochowa, liny — Bezalin z Bielska-Białej, płótno na żagle — Stilon z Gorzowa Wielkopolskiego, silniki — warszawskie Zakłady Mechaniczne Wola...
Musiał tylko zapłacić za robociznę — zaciągnął kredyt. Nie był w stanie go spłacić. I bank zabrał żaglowiec, ale nie wiedział, co z nim zrobić. I żaglowiec wrócił do kapitana nieoczekiwanie, gdyż kupił go jego pracodawca — Europejska Wyższa Szkoła Prawa i Administracji.
Sztorm i piraci
Czego boi się kapitan? Sztormu? Piratów? Owszem. Ale, jak powiada, to codzienność jest niebezpieczna. Obawia się tego, co przychodzi po sukcesie.
— To banalne, że sukces pociąga nieuchronne przykrości. Dlatego po każdym udanym projekcie natychmiast uciekałem w inny. Po pierwszym samotnym rejsie dookoła świata na Polonezie w ogóle nie chciałem udzielać wywiadów, czym się naraziłem dziennikarzom. Ale jestem przekonany, że dzięki temu przetrwałem tę lawinę zainteresowania. Bo coś takiego może zniszczyć. Kiedyś bardzo honorowano sportowców — Szurkowskiego, Zasadę. I ja się zabrałem w tym gronie. Na szczęście i Szurkowski wykazał wiele rozsądku, i Zasada znalazł sobie inny sposób na życie. Ale bardzo łatwo się poddać presji, dać się ogłupić. Znam ludzi, których sukces wykończył; znam też samotnego żeglarza, który był u szczytu sławy, a po jakimś czasie skarżył się, że już o nim zapomniano. Robię różne rzeczy, by to wszystko ułożyło się w jakiś ciekawy życiorys, z którego można być dumnym — mówi Krzysztof Baranowski.
Czy to znaczy, że ludzi morza, plemię wilków morskich, otrzaskanych z żywiołem, przez wieki uznawanych za najtwardszych i niewrażliwych na ludzką ciekawość, tak łatwo zranić, spaczyć?
— Ludzie morza są różni: szlachetni i łajdacy. Samotni żeglarze, kapitanowie frachtowców i piraci. Ale wszyscy mają wszczepiony szacunek dla pracy, rzetelność, odpowiedzialność, umiejętność przewidywania. Morze jest nauczycielem, który nie pobłaża, nie zezwala na błędy. Trzeba zrobić dobrze albo będzie katastrofa. ň propos piratów... Grasują powszechnie w paru rejonach świata i nikt nad tym nie panuje. Jest coraz gorzej. Wody wokół Filipin w ogóle się nie nadają do żeglowania. Na Karaibach w sąsiedztwie brzegów Kolumbii nie wolno pływać. Cieśnina Malakka jest groźna nawet dla dużych statków handlowych — przypomina Krzysztof Baranowski.
Ale nie dlatego skończył z samotnymi rejsami. 30 lat temu zdał sobie sprawę, że to bezsensowne. Jedna, dwie książki, jakiś film — i na tym koniec.
I od tego czasu pływa z młodzieżą.
