Rozmowa z Januszem Stokłosą
- „Puls Biznesu”: Jak się zwracać: Mistrzu czy Panie Prezesie?
Janusz Stokłosa: Obie formy mnie krępują. Mistrzem się nie czuję, a prezesem zostałem z musu. Słowo „prezes” kojarzy mi się z gminną spółdzielnią... Prezes geesu.
- Metro, Buffo, Stokłosa Editions — zostawia Pan wiele śladów.
J.S.: Mam swoje małe światy. Buffo to jeden z nich, przedtem Teatr Ateneum i równolegle kilka innych teatralnych przystani gdzieś w Europie... A na samym początku Teatr STU, w którym zadebiutowałem jako kompozytor i po raz pierwszy spotkałem się z teatralnym środowiskiem... To moja Main Street.
- I od niej odchodzą inne ulice — w prawo Metro, w lewo Buffo...
J.S.: To ta sama ulica, tylko różne zakręty. Boczną drogą są moje wydawnictwa.
- Buffo powstało po to, żeby „Metro” miało swój teatr?
J.S.: Nie powstałoby Buffo, gdyby „Metro” odniosło sukces na Broadwayu. Komercyjny. Bo powtarzam, że artystycznie nam się udało — i to nieodosobnione zdanie. „Metro” było serią błędów marketingowych. Nasze buńczuczne publiczne wypowiedzi przed premierą — bez potrzeby — i wejście nieznanego zespołu z dalekiej prowincji w środek Broadwayu uznano za prowokację. Oni tam nie lubią, jak coś jest dobre albo i lepsze od tego, co mają. Gdybyśmy zaczęli na Off Broadway — myślę, że do dziś byśmy grali w Nowym Jorku. Ale nie powstałoby Buffo... Nie ma całkiem złych zdarzeń.
- A Stokłosa Editions?
J.S.: Wydawnictwa Muzyczne i Nutowe Stokłosa szukają i lansują młodych artystów. Oczywiście w mikroskali, na miarę możliwości. Na świecie wydawca to także promotor. Ktoś, kto — mając rozeznanie, autorytet — pomaga młodemu kompozytorowi, choćby prezentując go dyrygentom. Jeśli idzie o muzykę współczesną, mam swoich faworytów, jak Elżbieta Sikora czy Paweł Mykietyn. Wydaję również swoje płyty.
- Spędza Pan długie godziny na próbach, myśli o spektaklu. W tym czasie nie przebiegają Panu przez głowę obrazy uciekających pieniędzy — faktur za prąd, wodę?
J.S.: Gdyby to odwracało moją uwagę od tego, co robimy na scenie, rzuciłbym zarządzanie spółką bez wahania. Ale nie odwraca.
- Kieruje Pan firmą sam czy zatrudnia menedżerów?
J.S.: Niestety, nie mamy żadnego zdolnego menedżera — nie wiem, czy nie umiemy go znaleźć, czy to specyfika branży, czy po prostu nas na niego nie stać. Sami biegamy na spotkania, chodzimy do banków. Teraz musimy zrobić remont w teatrze, wymienić fotele, przebudować wnętrze. Czeka nas trudny okres.
- Kto napisał biznesplan i stworzył wizję spółki?
J.S.: Biznesplanu nikt nie stworzył. A start spółki? Zaczęliśmy zarządzać tym, co mieliśmy: zespół, sporo sprzętu i produkt. Janusz Józefowicz dostał propozycję na 30-lecie festiwalu w Opolu... Chodził, dumał i wreszcie mówi: „Zrobiłbym coś, co by się spodobało mojej mamie”. I tak przygotowaliśmy — on od strony teatralnej, ja od muzycznej — „Do grającej szafy grosik wrzuć”. Ludzie to zobaczyli w telewizji. Trafiliśmy. Zaadaptowaliśmy spektakl do Buffo. I tak się zaczęło. Również nasze studio nagrań, pierwsze tego typu w kraju — ze światłem dziennym, świetnymi odsłuchami, klimatyzacją — pracowało 24 godziny na dobę. I świetnie zarabiało!
- Ale złote czasy się skończyły?
J.S.: Teatr mógłby dobrze działać, ale w sytuacji czystej rynkowo. A tu nasi konkurenci — Roma czy Syrena — remontują budynki i pracują za państwowe pieniądze. Startujmy z tych samych dołków! Zresztą polityka teatralna w Warszawie jest fatalna: miasto nie może „obsługiwać” trzydziestu kilku scen.
- Czyli Buffo nie jest w stanie utrzymać się w konkurencji z państwowymi, dotowanymi teatrami...
J.S.: Teatr się obroni, ale nie ma poczucia bezpieczeństwa, nie ma pieniędzy na inwestycje, remonty... Chyba nie jest to konkurencja uczciwa? Szukamy dużego partnera — banku, koncernu, który chce „twarzy medialnej”. I o tym dziś rozmawiałem, ale jeszcze nie powiem z kim. My taką twarz możemy dać. Przy mądrym marketingu i mądrej PR-owskiej robocie partnera możemy być fantastycznym instrumentem reklamowym. Mamy know-how, świetny zespół, warunki organizacyjne i techniczne do przygotowania każdej kampanii. Myślę, że nasza pozycja i doświadczenie są wystarczające — i że to zagada.
- Na razie więcej zarabiacie w Rosji?
J.S.: Bo tam lepiej potrafią skonsumować sukces. Mamy już ugruntowaną pozycję, milionowe (w dolarach!) budżety na wszystkie projekty, wielkie teatry, zespoły, orkiestry do dyspozycji... Co tylko chcemy! I tam jako artyści możemy się spokojnie realizować. Na co tu nas nie stać.
- Skąd taki pomysł, żeby jechać do Rosji? Zaraz pojawia się przed oczami widok spalonego afisza „Nord-Ost”.
J.S.: Też miałem takie myśli... Ale Józefowicz zapalił się od razu. Trochę ponaciskał i pojechaliśmy. Zapewnili nam świetne warunki i przygotowaliśmy „Metro”, które stało się w Rosji kultowym przedstawieniem, pootwierało różne drzwi. A wszystkiemu jest winna Jekaterina von Getchmen Valdek, znakomicie mówiąca po polsku aktorka niegdyś, dziś arystokratka. Znała nas, widziała Metro na Broadwayu. I powiedziała: „Ja to sprowadzę do Rosji!”. No i pięć lat po Broadwayu pojawiła się w Buffo z konkretną propozycją.
- Przyjaźnicie się z Januszem Józefowiczem?
J.S.: Mój Boże... Lata całe.
- Nic się nie zmienia?
J.S.: Dojrzewamy w tej przyjaźni. Kiedyś zdenerwowany Janusz, nie chcąc mi zrobić krzywdy — bo jest większy i silniejszy — walił pięścią w drzwi, robiąc dziurę. Kiedy indziej dostaliśmy na imieniny tort — mamy to samo imię — i obaj wsadziliśmy głowy w ten tort: taka jest rozpiętość naszej zażyłości. Mamy prawie identyczne wartości, ambicje, stosunek do pracy. Czujemy taki... spokój. Nie konkurujemy. Mamy własne działki artystyczne. I wspólny cel — żeby to się kręciło!
-... i żyli razem długo i szczęśliwie...
J.S.: Bezczelnie wierzymy, że umiemy zarabiać pieniądze. I wiemy, że jeżeli coś by się stało, np. pokłócilibyśmy się, rozeszli i każdy musiałby pracować osobno, to dalibyśmy sobie radę. Jeden nie wisi na drugim. Mamy poczucie wolności, niezależności. Ale we dwóch dużo więcej zrobimy. Tylko wkurza nas nierówna konkurencja. I kiedy się mówi: „A ci to i tak sobie dadzą radę!”.
Janusz Stokłosa
Kompozytor. Studia na Uniwersytecie Jagiellońskim. Debiut w Teatrze STU. Kierownictwo muzyczne Teatru Ateneum. Współpraca z berlińskim Teatr Kreatur A. Worona. Właściciel wydawnictwa muzycznego. Szef spółki Studio Buffo. Dziesiątki spektakli z własną muzyką w Polsce, Europie, USA i Japonii. 150 partytur. Żona Olga. Córka Marysia. Dom na Mazurach. Samolot Cessna. Licencjonowany pilot. Jesienią wystawienie „Fausta” w Niemczech. W przyszłym roku premiera, trzeciego po „Metrze” i „Piotrusiu Panu”, musicalu „Romeo i Julia” w Sankt Petersburgu.