Bolesne nauki ze sprawy PZU

Andrzej Nierychło
opublikowano: 2006-11-29 00:00

Sąd w Brukseli dał prztyczka w nos polskiemu resortowi skarbu państwa w znanej sprawie z firmą Eureko o kupno PZU. Ta sądowa porażka wprawdzie jeszcze niczego ostatecznie nie przesądza i z pewnością nie jest punktem przełomowym w losach tego konfliktu, ale lepiej byłoby samemu zainkasować kilka punktów w tej grze, niż oddawać je stronie przeciwnej.

Procesy w tej sprawie przed zagranicznymi trybunałami stwarzają sytuację nieco schizofreniczną. Stroną jest polski rząd, czyli państwo, czyli Polska. A przecież w samej Polsce opinie o istocie sporu o PZU są podzielone. Nie jest tak, że całe państwo i naród stoją murem za swoim rządem. Są tacy, którzy przyznają rację Eureko, zaś najwięcej Polaków już dawno pogubiło się w szczegółach sprawy i najzwyczajniej nie ma dziś o niej wyrobionego zdania. Tymczasem jeśli rząd przegra procesy, wszyscy oni też będą przegrani. No, coś tu zgrzyta.

Konflikt o PZU ma dwa wymiary — szczegółowy i ogólny. Pierwszy przybiera w istocie charakter techniczno-biznesowy. Strony muszą się dogadać i to wciąż wydaje się możliwe. Gorzej z wymiarem ogólnym, bo tu pojawiają się tzw. pytania za pięć punktów: Dlaczego w ogóle doszło do sporu? Czy przetarg był właściwie przygotowany? Czy wybór Eureko był obiektywnie słuszny? Czy w ogóle należało PZU prywatyzować z udziałem obcego inwestora?

Wbrew pozorom powyższe pytania nie są przygrywką do generalnego ataku na strategiczną koncepcję prywatyzacji. One muszą być postawione, gdyż nie padła na nie odpowiedź we właściwej chwili. Tak mszczą się zaniedbania, pośpiech i lekceważenie opinii publicznej.

Co do samej prywatyzacji — poręcznego dzisiaj chłopca do bicia — trzeba wskazać na jedno grube nieporozumienie. Zarzuca się jej, że nie była doskonała i bezbłędna. Tymczasem polska prywatyzacja nie przypominała wykalkulowanej inwestycji, lecz raczej leczenie ciężkiej choroby pod nazwą „socjalistyczna, znacjonalizowana gospodarka centralnie planowana”, i to w chwili, gdy pacjent wydawał ostatnie tchnienie. Takie leczenie nie jest przyjemne i piękne. Bywa, że trzeba uciąć nogę, w którą wdała się gangrena. Najważniejsze, aby chory przeżył.

Tyle że za obiektywną koniecznością nie wolno ukrywać błędów, a takich przy prywatyzacji — także PZU — popełniono niemało.