Boskie transakcje

Józef Lubiński
28-11-2008, 00:00

Balijczycy robią interesy z bogami i z turystami. Jak wychodzą na tych metafizycznych — trudno powiedzieć. Z ludźmi radzą sobie świetnie, bo sprowadzili dla nich nawet ptaki i słonie.

Wyspa bóstw i demonów. Ich posągi zdobią niemal każdy budynek. Wielkich kamiennych straszydeł stoi równie dużo, co świątyń. Prócz publicznych domów modlitwy każdy Balijczyk — wyznawca hinduizmu — ma na swojej posesji własny. Codziennie też składa bogom dary. Do plecionych koszyczków wkłada owoce, ryż, kwiaty, pieniądze, nawet papierosy. W ten sposób dziękuje dobrym bożkom, a złe demony stara się przekupić, by w następnym wcieleniu nie zostać zwierzęciem.

Podarki leżą wszędzie: na chodniku przed wejściem do sklepu, w taksówce na desce rozdzielczej lub na środku jezdni. Niektórzy przywiązują je nawet do kierownicy skutera — najpopularniejszego środka lokomocji na wyspie. Często na jednej maszynie jedzie małżeństwo z dwojgiem dzieci. Hordy mechanicznych rumaków blokujących wąskie ulice chwilami przypominają motorowe gangi. Każdy trąbi, nikt nie przejmuje się przepisami drogowymi. Jazda samochodem po centrum najważniejszych miast — Kuty czy Ubud — przypomina koszmar. Korki są dłuższe niż w Warszawie. Publiczny transport prawie nie istnieje. Busy, nazywane bemo, kursują nieregularnie, wloką się niemiłosiernie. Kierowca po drodze zabiera każdego pasażera, a gdy ma zbyt wiele wolnych miejsc, czeka, aż ktoś się pojawi. Dlatego turyści wynajmują klimatyzowane sześcioosobowe toyoty. Cena (około 300 zł za dwa dni jazdy) obejmuje też lokalnego kierowcę. Samemu byłoby trudno prowadzić, bo na wąskich krętych dróżkach prawie nie ma dro- gowskazów.

 

 

Małpie fikołki

Krajobraz Bali tworzą barwne ceremonie, skalne urwiska nad oceanem, tarasy ryżowe i wulkany. Obowiązkowym przystankiem pozostaje Gunung Agung — najwyższy wulkan na wyspie. Liczy 3142 m n. p. m., ale po ostatniej erupcji w 1963 r. jego czubek podobno nieco się wykruszył. Górę najczęściej zakrywa mgła i chmury, co denerwuje turystów, bo muszą się opędzać od handlarzy, usiłujących sprzedać pocztówki. Przyjezdnym pozostaje zwiedzanie leżącej u jej podstawy najważniejszej balijskiej świątyni Pura Besakih — kompleksu 23 budynków. Niestety, wnętrze obiektu mogą oglądać tylko ci, którzy chcą się modlić.

Podobnie w Tanah Lot i Uluwatu — dwóch najpiękniej położonych świątyniach na wyspie. Pierwsza pochodzi z XVI w. i stoi na skale zanurzonej w oceanie. Bez łodzi można się do niej dostać tylko podczas odpływu. Drugą zbudowano nad brzegiem oceanu na liczącej 50 m wysokości wyrwie skalnej.

Przed wejściem na teren obiektu trzeba spławić naciągaczy, którzy z patykiem w ręku, za 50 tys. rupii (5 dol.) obiecują ochraniać zwiedzających przed swobodnie tu żyjącymi małpami. Straszą tym, że zwierzęta gryzą, zabierają kolczyki i okulary przeciwsłoneczne.

Cześć turystów nabiera się na te bzdury i spaceruje wzdłuż skarpy "z obstawą", która w ogóle nie reaguje, gdy podopieczni sami zaczepiają zwierzęta. Rzeczywiście, małpy zabawnie fikają koziołki i popisują się przed ludźmi, ale to nie one są największą atrakcją Uluwatu, lecz rozbijające się o urwisko potężne fale.

Polując na piękne widoki, trzeba zahaczyć o słynne tarasy ryżowe w Jatiluwih i Pacung oraz zajrzeć do Kintamani, by podziwiać jezioro Batur. Leży u podstawy drugiego najwyższego wulkanu na wyspie. Pokryte czarną lawą zbocze góry najlepiej obserwować w porze obiadowej — wcześniej zasłania je mgła.

Przy okazji warto wstąpić do pobliskiej wioski Trunyan (podróż łódką trwa jakieś 20 minut). Jej mieszkańcy nie grzebią zmarłych, tylko układają nieboszczyków pod drzewami. Ciała nie cuchną, bo nasmarowano je aromatami drzewa menyan.

 

Napój z gada

Najbardziej rozrywkowym miastem na Bali jest Kuta. Zatłoczone restauracje, bary i nocne kluby pracują do rana, a niektórzy didżeje grają na ulicy.

Nie widać śladów po zamachach bombowych. Zniszczony w 2002 r. Paddy’s Bar odbudował się w tym samym miejscu. Właściciele tego drogiego nocnego klubu mają mroczne poczucie humoru, bo wymyślili drinka o nazwie Jager Bomb. Można go wypić zaledwie 100 m od pomnika upamiętniającego śmierć ponad 200 ludzi, w tym polskiej dziennikarki Beaty Pawlak.

Żadnego monumentu nie ma na Kuta Square, gdzie w 2005 r. islamscy zamachowcy-samobójcy wysadzili w powietrze restaurację. Dziś działa tam lodziarnia. Sąsiadują z nią ekskluzywne butiki najsłynniejszych światowych marek. Wieczorem błyszczący neonami plac przypomina Las Vegas. Stąd tylko dwa kroki do najpopularniejszej balijskiej plaży. To mekka surferów, masażystek z wypisanym na kapeluszu imieniem oraz barów skleconych z parasola, dwóch krzeseł i lodówki pełnej zimnego piwa. Tłoczno jak na targowisku, ale wystarczy przejść parę kroków wzdłuż wybrzeża, by znaleźć się na Tuban Beach, prawie bezludnej plaży. Nikt się na niej nie opala. Jest w remoncie. Dziwne, bo ani ciągnąca się przez kilkaset metrów wielka rura, ani przejeżdżający co jakiś czas spychacz, nie psują przyjemności skakania po wielkich falach bez towarzystwa gapiów i handlarzy.

Z tymi drugimi trzeba się ostro targować — można ścinać cenę wywoławczą nawet o 80 proc. Nie dotyczy to knajp. Każda ma naganiacza, który z menu w ręce łapie na chodniku klientów. W najpopularniejszych, na przykład w Kuta Seaside Food Center — zakątku opanowanym przez Azjatów — po 18.00 trudno znaleźć wolne miejsce. Działa tu kilkanaście barów z daniami chińskimi, tajskimi, malezyjskimi i indonezyjskimi. Smaczny obiad z piwem kosztuje mniej więcej dwa dolary. To jedno z nielicznych miejsc, gdzie można zamówić słynną balijską potrawę — Babi Guling, czyli pieczone na ogniu, nadziewane młode prosię: wyjątkowo pikantne, więc lepiej, by próbowali go tylko odważni smakosze.

Na spragnionych kulinarnych przygód czeka też King Cobra Palace — jedyna na wyspie restauracja specjalizująca się w daniach z węży. Przed posiłkiem można zajrzeć do magazynu pełnego kobr, mamb oraz pytonów i wybrać okaz, z którego kucharki ugotują potrawę. Specjalnością zakładu jest napój ze świeżej krwi jadowitego gada.

 

 

Papuga na głowie

Przyroda na Bali nie zachwyca egzotyką. Co prawda popularne u nas rośliny doniczkowe rosną tam przy ulicy i mają kilkanaście metrów wysokości, ale — by zobaczyć dżunglę — trzeba wyruszyć na safari. Tak Balijczycy nazywają przejażdżki na słoniach, które — specjalnie dla turystów — sprowadzili z Sumatry. Każdy ma osobistego opiekuna i imię (jedna ze słonic nazywa się Nancy Reagan). Podczas godzinnej wyprawy zwierzę — zupełnie jak w cyrku — klęka i kilkakrotnie staje na brzegu głębokiej skarpy, przez co siedzący na grzbiecie pasażerowie krzyczą ze strachu, bo widok jest przerażający.

Ale w zielonym gąszczu nie słychać ani nie widać egzotycznych ptaków. Ten brak Balijczycy także zrekompensowali turystom. Zbudowali — niedaleko wioski Batubulan — Bali Bird Park, w którym zgromadzili najrzadsze okazy z Indonezji, Afryki i Ameryki Południowej. Część wielkich kolorowych ptaszysk nauczyli siadać na głowach zwiedzających tak, by grzecznie pozowały do zdjęć. Fotogeniczne są również motyle w Butterfly Park w okolicy Tabanan oraz żółwie na Turtle Island w Tanjung Benoa, na południu wyspy. W tym drugim ośrodku klienci, za sowity napiwek, mogą także potrzymać wielkiego nietoperza i iguanę.

O zadowolenie turystów z dolarami dbają także tancerze. Specjalnie dla nich wymyślają układy, które mają być bardziej zrozumiałe od tych wykonywanych podczas uroczystości religijnych. Niestety, przypominają tandetny objazdowy teatrzyk, bo solówki tancerek przerywane są cyrkowymi popisami, takimi jak ucinanie bohaterowi sztucznego penisa. Lepiej poszukać mniej komercyjnych atrakcji.

Na słynącej z uprawy wodorostów wysepce Lembongan można zobaczyć dzieło życia tancerza Byasy, który młotkiem i przecinakiem przez 15 lat wykuł pod ziemią pięćsetmetrowy dom. Dziwne, że tylko nieliczne przewodniki wspominają o tej unikatowej jaskini. Widocznie nie dla wszystkich sens podróżowania tkwi w docieraniu do osobliwości.

Informacje praktyczne

Wiza: Przy podróżach turystycznych, służbowych, edukacyjnych i biznesowych można ją otrzymać na lotnisku. Maksymalny czas pobytu wynosi 30 dni. Kosztuje 25 dol. Przy wyjeździe pobiera się 150 tys. rupii opłaty lotniskowej (około 15 dol.) — należy mieć te pieniądze w miejscowej walucie.

Pieniądze: Nie ma problemu z wymianą. Warto wiedzieć, że autoryzowane kantory nie przyjmują banknotów o nominale 50 i 100 dol. sprzed 2003 r. i dodatkowo studolarówek serii F. Nieautoryzowane (kurs korzystniejszy) biorą wszystkie. Kurs we wrześniu wynosił 1 dol = 9,4 tys. rupii.

Kiedy jechać: Najlepiej między lipcem a wrześniem, bo panuje wtedy pora sucha. Ceny: Obiad — 25-50 tys. rupii, piwo (0,75 l)

— 17,5 tys. rupii, paczka marlboro — 10 tys. rupii.

Jazda samochodem: Odważni kierowcy mogą na Bali wypożyczyć auto (35-50 dol./dzień wraz z ubezpieczeniem) lub skuter (10 dol./dzień). Należy pamiętać o tym, by jeździć ostrożnie, bo obowiązuje ruch lewostronny, a drogi w górzystym kraju są wąskie, kręte i niezbyt precyzyjnie oznakowane.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Józef Lubiński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / / Boskie transakcje