Moj funkcjonuje na rynku maszyn i urządzeń, przede wszystkim dla przemysłu wydobywczego. Jeszcze niedawno sytuacja w większości zakładów produkujących dla górnictwa nie wyglądała ciekawie. Słabe wyniki finansowe, groźby grupowych zwolnień i coraz starszy park maszynowy były zmorą większości podmiotów w branży. Dziś jest inaczej.
Na naszym rynku od lat
są obecni światowi liderzy branży, tacy jak amerykańsko-brytyjski Joy czy niemiecki DBT. Polskie wyroby konkurują nie tylko ceną, ale także jakością i sprawnym serwisem. W polskich kopalniach panują często ekstremalne warunki. Można śmiało stwierdzić, że jeżeli maszyny sprawują się w nich bez zarzutu, podobnie będzie także na rynkach zagranicznych. Na rynku nie ma miejsca dla małych graczy, toteż po latach rozbicia branży coraz wyraźniej widać, że zaczyna się tworzyć silna grupa liderów. Można do nich zaliczyć Zabrzańskie Zakłady Mechaniczne, Glinik, Famur, a po piętach depczą im m.in. grupa kapitałowa Fasing, Remag czy Ryfarma. Na ich tle Moj jest niewielką spółką z przychodami wielokrotnie niższymi od największych. Stosunkowo mocną pozycję emitent uzyskuje w niszach rynkowych. Dla przykładu, ma 65 proc. rynku sprzęgieł dla górnictwa.
W Polsce działa około
30 kopalń, więc teoretycznie powinniśmy być bardzo atrakcyjnym rynkiem dla podmiotów produkujących maszyny górnicze. Dlaczego więc coraz więcej rodzimych firm planuje ekspansję na rynki zagraniczne? Bo bez restrukturyzacji polskie kopalnie nie będą inwestować w maszyny i urządzenia ze względu na słabą kondycję finansową. Co prawda inwestują, ale są to głównie zakupy odtworzeniowe. Wydaje się, że przynajmniej na razie tak pozostanie. Rząd nie spieszy się ze zmianami. Wielkie inwestycje będą się jednak musiały zacząć. Systematycznie spada liczba czynnych ścian. Każda awaria powoduje gigantyczne straty. Coraz wyraźniej widać także wyeksploatowanie wielu maszyn.
Bartosz Ptach