Bryza, czyli wiatr od morza

Janusz Atlas
opublikowano: 2002-09-09 00:00

Najpierw pod osłoną płotu i uzbrojonych strażników nad brzegiem Bałtyku w Juracie rósł dom. Ale kiedy murarze doszli do dachu, zmienił się ustrój i wtedy okazało się, że imponującej budowli — z przeznaczeniem na ośrodek rekreacji i wypoczynku dla wypróbowanych towarzyszy — Komitet Wojewódzki PZPR w Gdańsku już nie dokończy. Ale gmaszysko stało. I popadałoby w ruinę, aż znikłoby po rozebraniu do ostatniej cegły przez złodziei, gdyby nie pan Zbigniew „Dick” Niemczycki, prezydent Curtis International.

Odkupił tego architektonicznego potworka i przebudował na własną modłę.

Tak powstał hotel jak ze snu, pomyślany zupełnie inaczej niż wszystkie dotąd stawiane w Polsce i przeznaczony dla innych gości, niż dotychczas przyjmowani nad zimnym polskim morzem. Chociaż, może nie do końca, bo przed wojną funkcjonowały jednak na podobnej zasadzie luksusowe pensjonaty i nawet w tej samej Juracie, ale po wojnie legły w gruzach razem z całym rodzimym hotelarstwem.

Bryza państwa Katarzyny i Zbigniewa Niemczyckich była pierwszym luksusowym hotelem, lecz minęło już parę lat, więc nie jest jedynym. Cały czas wzbudza jednakowoż wyjątkowe emocje: kto tam staje, dlaczego akurat ci, a nie inni, co tam robią i za ile?

W myśl zasady — mój gość świadczy o mnie, najważniejsi są goście indywidualni, przyjeżdżający w dwóch letnich miesiącach. Szczytem ekstrawagancji jest pobyt w apartamencie prezydenckim (1750 PLN za dobę). Nie można brać na wakacje psa, kota albo żyrafy. W pawilonie Muszelka nie wolno palić, więc życie bankietowe raczej wykluczone. Poza tym nie ma żadnych przeszkód.

Najważniejszym miejscem w Bryzie jest drewniany taras, który spełnia rolę nie tylko „patelni” do opalania, ale również hotelowego deptaka. Tam spotykają się wszyscy, wymieniają uwagi o pogodzie, załatwiają interesy, nawiązują romanse i pożywiają się dodatkowo, najczęściej wymyślnymi koktajlami i kulinarnymi kompozycjami z owoców morza, zresztą nie Bałtyckiego, bo musiałaby to być dieta dorszowa.

W świetle tych oczywistych faktów Bryza właściwie zupełnie nie służy do leniwego wakacyjnego wypoczynku. Obiekt żyje głównie własną nadymaną jak balon wirtualną sławą. Ozdobą mają być wybitni goście. Szejk z Kuwejtu byłby w sam raz, tyle że się jeszcze nie trafił. Ale równie dobra jest wycieczka zbiorowa z prezentacją koronkowych majtek.

Wiele zależy od aktywności chętnych na nocleg z wyżerką, a posiadających jakoweś talenty. Jak to dawniej na prawdziwych dworach wielkich państwa bywało. Dlatego pewnego razu wirtuoz odegrał koncert chopinowski, a takie przeżycie artystyczne było większości publiczności dane dopiero pierwszy raz w życiu. Innym razem artysta dramatyczny „z najwyższej półki” recytował Norwida — to też była nowość. Ale najzabawniejszym spektaklem był występ zapomnianego pana Janka, od jakiegoś czasu dającego sztukę już wyłącznie pod własna egidą. Śmiechu było co niemiara.

Poza rozrywką życie turnusowe narzuca aktywność, zarówno intelektualną jak fizyczną. Bryza jest jak narkotyk, zatem niemal nigdy nie kończy się na jednym pobycie, a utrzymanie osiągniętej pozycji jest już rodzajem sportu. Najważniejsze, żeby nie spaść! Upadki są bowiem bolesne. Upadłych Bryza wyklina bezpowrotnie. A spada się w dwóch wypadkach: gdy na zakończenie turnusu pojawiają się kłopoty z zapłaceniem rachunku (płatności: Visa, EuroCard, Diners Club, JCB, PBK Styl, MasterCard, PolCard, American Express) lub kiedy z salonów Bryzy trafia się (choć nie bezpośrednio) do aresztu. W niespełna dziesięcioletniej historii hotelu już tak niekiedy bywało.