Bukareszt na weekend

Jacek Konikowski
opublikowano: 01-02-2008, 11:38

Jeśli polecicie samolotem WizzAir do  Bukaresztu, nie dajcie się zwieść lekturze magazynu pokładowego „Wizzit”, który przekonuje, że Bukareszt jest w Bułgarii. Nie wierzcie też zapewnieniom, że  warto zwiedzić budapeszteński parlament w Warszawie. Ale poza tym wszystko się zgadza.


Radość pasterza
Na Otopeni czeka Demitru, mój przewodnik. Zna Polskę. W lecie, gdy fala upałów zdziesiątkowała rumuńskie uprawy warzyw, w sklepach pojawiły się marchewki, sałata i jabłka reklamowane jako polskie. Na bukareszteńskim uniwersytecie mógłby się nauczyć nie tylko angielskiego, niemieckiego czy francuskiego, ale również polskiego. Ale nie chce i w tym problem. Do tego mówi dialektem mołdawskim, który do języka polskiego ma się tak jak papryczka chili do hamburgera.

— Micul Paris — twierdzi Demitru, lawirując między niezliczonymi żółtymi daciami i maserati.

Czemu micul i czemu Paris? Legenda głosi, że Bukareszt założył pasterz o imieniu Bucur (rum. radość). Bujda. Miasto powstało jako twierdza po zwycięstwie nad Turkami w XIV w. W 1659 r. było już stolicą Wołoszczyzny, a w XVIII w. jednym z najważniejszych centrów handlowych południowej Europy. Rozkwit przeżywało od drugiej połowy XIX w. do początku XX w., kiedy stało się głównym miastem Rumunii. Gospodarka kwitła, na obrzeżach wyrastały coraz to nowe fabryki i huty, a w mieście — pałace i bogate kamienice. Większość przemysłowców i bankierów dojeżdżała do Bukaresztu Orient Expressem wprost z centrum Paryża, dlatego w owym czasie miasto niewiele się różniło od stolicy Francji.

Planiści i architekci przenieśli do Bukaresztu, co mogli, by czuć się jak w domu — stawiano gmachy wzorowane na XIX-wiecznej architekturze francuskiej. Do tego stopnia, że Bukareszt zyskał miano Małego Paryża (Micul Paris). Jeden z architektów chciał wznieść nawet kopię wieży Eiffla. Skończyło się na Łuku Triumfalnym, do złudzenia przypominającym paryski pierwowzór oraz na Bulevardul Unirii — wiernej kopii Champs Elysées.


Kaprys geniusza
— Geniul din Carpati — mówi Demitru, trąbiąc na osła zaprzężonego do wózka na śmieci (wciąż się kręcimy po centrum miasta).

Zapewne Bukareszt byłby dziś jeszcze piękniejszy niż w czasach Skłodowskiej-Curie, gdyby nie ów geniusz Karpat, „wielki architekt i budowniczy socjalizmu” — Nicolae Ceausescu, który nakazał zrównać z ziemią połowę starego miasta i w miejsce 22 kilkusetletnich cerkwi oraz mnóstwa secesyjnych kamienic postawić betonowe gmaszyska ministerstw, socrealistyczne biurowce i bloki mieszkalne. Dziś tyle się zmieniło, że z najlepszych gruntów pod budowę hoteli i apartamentowców przenosi się cerkwie w inne miejsca. Wjeżdżamy na most.

— Dambovita — mówi Demitru, pokazując na rzekę, kolejny kaprys geniusza Karpat.

Przez miasto nie płynęła rzeka, więc Ceausescu rozkazał inżynierom naprawienie błędu natury. Postawili tamę na Dambowicy i zmienili jej nurt, dzięki czemu wzbogacili centrum Bukaresztu o rzekę. Wzbogacili je zresztą o kilka innych ciekawych drobiazgów, jak choćby wydrążoną w tajemnicy sieć podziemnych tuneli, dostępnych tylko dla Geniul din Carpati i jego rodziny, 10 km tajnej linii metra, łączącej najważniejsze punkty miasta czy czteropiętrowy schron atomowy pod Pałacem Ludu.

Demitru wjeżdża w ulicę 13 Septembrie i po chwili parkuje przed gigantyczną budowlą. Gigantyczną? Mało powiedziane. Wielgachniejszej nie widziałem. Ani szkaradniejszej.

— Palatul Parlamentului — wyjaśnia z dumą prze-wodnik.

Stoimy przed najbardziej majestatycznym z dzieł geniusza Karpat — Pałacem Parlamentu, wcześniej Pałacem Ludu. To największa atrakcja Bukaresztu. Dosłownie i w przenośni, bo jest największą budowlą w Europie i drugą co do wielkości — po amerykańskim Pentagonie — na świecie. Ale każdy Rumun i tak wie, że to Pentagon jest mniejszy. Pałac Parlamentu ma 360 tys. mkw., a jego kubatura wynosi 2,5 mln m sześć. Budowa rozpoczęła się w 1984 r. — 50 tys. robotników i 500 architektów harowało na trzy zmiany przez pięć lat, by pewnego dnia usłyszeć: fajrant. Waszego szefa rozstrzelano.

Podczas rewolucji w 1989 r. zebrał się tu pierwszy wolny parlament, stąd nowa nazwa gmachu. Ale w środku wieje wiatr socrealizmu. Ma po czym: na każdym z kilku dolnych pięter rozkłada się kilka sal o powierzchni 5 ha każda. Te na wyższych kondygnacjach są mniejsze, ale nie na tyle, by nie móc w nich urządzić 16-dołkowego pola golfowego. Z ciekawostek: 14-tonowy dywan, ponaddwutonowy kryształowy żyrandol czy ściany obite jedwabiem. Robią wrażenie. Reszta — już nie.

Bukareszt ma też zamek królewski. Ale nie wydmuszkę jak w Warszawie, lecz prawdziwy, z monarchą. Mieszka w nim król Michał Hohenzollern z córką, jej mężem i wnukami. Nie rządzi, bo w czasie II wojny światowej abdykował, lecz wciąż cieszy się ogromnym szacunkiem Rumunów.

— Gigi — wypowiada kolejne ze swych tajemniczych słów Demitru.

Tym razem wzbudza we mnie niepokój połączony z ciekawością. Czyżby chciał mi pokazać weselszą cześć Bukaresztu? Niestety. Miał na myśli piłkarza.


Gigi i maserati
W XIX w. Ferdynand Lassalle, niemiecki socjalista, nazwał panujący w Bukareszcie podział na biednych i bogatych „wielkim galimatiasem”. Dziś powiedziałby to samo. Centrum miasta przypomina Rodeo Drive: dookoła butiki największych domów mody: Versace, Cavalli, MaxMara, salon meblowy Armaniego. A między nimi drewniane słupy uginające się pod zwojami kabli — jak w zakurzonym miasteczku gdzieś na Bliskim Wschodzie. Porsche, maserati, bentleye czy mercedesy przestają się liczyć już po kwadransie jazdy zatłoczonymi ulicami. Większość to nówki, kupowane w lokalnych salonach, których tu mnóstwo. Kontrastują ze starymi daciami, wołgami i „samojedami”. Słowem, są ci, którzy mają, i ci, którzy jeszcze nie. Fortuny rosną z dnia na dzień, bo w Rumunii trwa prywatyzacja i wielkie oddawanie majątków zagarniętych przez komunistów.

Jedziemy Calea Victoriei, aleją wysadzaną drzewami, jedną z głównych ulic Bukaresztu. To najbardziej prestiżowa ulica miasta, po obu stronach — rząd eleganckich willi. Demitru przystaje przed jedną z nich i wskazując na klasycystyczny budynek mówi: „Gigi”.

Na bramie i fasadzie znajduje się więcej czystego złota niż w skarbcu NBP. Tu mieszka George Gigi Becali, jeden z najbogatszych, a zarazem najbardziej kontrowersyjnych i rozrywkowych Rumunów. Kiedyś zwykły piłkarz. Dziś właściciel wartego 50 mln dolarów klubu Steaua Bukareszt i fortuny szacowanej na 900 mln dolarów. Dorobił się na nieruchomościach.

Największy rumuński narcyz. Chciał zastrzec w urzędzie patentowym swoje nazwisko. Ulubieniec bukareszteńskiej ulicy, bo nie stroni od ludzi. Jak ma humor, potrafi dać przechodniowi czek na tysiąc euro lub garść banknotów. Albo sprowadzić z Modeny nowiutkie ferrari, po czym zmienić go w kupę złomu na oczach klientów dyskoteki, w której się właśnie bawi. Słowem, facet z fantazją.

Ruszamy dalej. Przed pozłacaną bramą rezydencji Gigi mijamy stare białe uno — auto jego służącego. Taki jest właśnie Bukareszt. Taka jest Rumunia.

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Konikowski

Polecane