Przy ósemce czy dziewiątce w skali Beauforta jest innym człowiekiem. Na wodzie gubi gdzieś irytację i gniew. Kłopoty zostają hen, na lądzie.
O tej metamorfozie gadają zwłaszcza znajomi żeglarze. Mieczysław Wachowski ożywa, gdy ster wychylony jest ostro na wiatr, przechyla łódkę na zawietrzną — tak, że fale niemal przelewają się przez burty.
Dawno
W samochodzie wozi sztormiak i szczoteczkę do zębów. Śmieje się: na wszelki wypadek. Sztormiak, bo nigdy nie wiadomo, kiedy uda się na chwilę rzucić cumę i pohalsować. Teraz wieje na Mazurach, więc tam pojechał. A właściwie — to dlaczego?
— Dlaczego żagle? Ktoś kiedyś powiedział, że żyć nie jest konieczne, a żeglować trzeba, wciąż dalej i dalej, więc chyba dlatego — zastanawia się Mieczysław Wachowski, kapitan, sternik, były bosman na Zawiszy.
Zaczęło się nietypowo. Wcale nie od żagli. Od parostatku.
— Bardzo dawno temu. Mój „pierwszy rejs” odbyłem z całą klasą szkoły podstawowej — statkiem z rodzinnej Bydgoszczy do Gdańska. Trwał kilka dni. Spanie na statku, jedzenie, żegluga były niespotykanym przeżyciem. Wtedy, jako mały chłopiec, po raz pierwszy zobaczyłem morze i statki. Pamiętam to pierwsze wrażenie! Coś niesamowitego... Chyba wtedy postanowiłem zostać marynarzem — wspomina Wachowski.
I został. W 1969 roku przyjęto go do Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni. Rejsy i regaty. Najpierw po Zatoce Gdańskiej, potem po Bałtyku, Morzu Północnym, Śródziemnym. Za nim: wiele tysięcy mil morskich. Ale wielkie pływanie dopiero miało się zacząć. W słynnym rejsie Zawiszy Czarnego dookoła świata w 1989 roku Wachowski był bosmanem. Dwukrotnie opłynął przylądek Horn.
— No, to już było żeglarstwo pełną gębą — komentuje.
Bractwo
Na dźwięk słów „Zawisza Czarny” zawsze żywo reaguje. W końcu — jak mówi — to najszczęśliwszy czas w jego życiu.
— Wiem, banalnie brzmi, ale wszyscy żeglarze są wielkim bractwem. Zawisza Czarny to nie tylko rejs dookoła świata, Ameryka Południowa, opłynięcie przylądka Horn, rejs w lodach do Polskiej Stacji Arctowskiego na Antarktydzie, Rejs Pokoju po Morzu Śródziemnym czy też uratowanie załogi z tonącego jachtu Marquez. Zawisza Czarny to wielka tradycja morskiego żeglarstwa, szkoła wilków morskich. To słynny gen. Mariusz Zaruski i rzesza kapitanów, jak Janek Ludwig, Janusz Zbierajewski czy Waldek Mieczkowski. To setki oficerów i tysiące żeglarzy, którzy na nim pływali. Ten harcerski trzymasztowy szkuner ma wiele pięknych kart w swej historii — opowiada Wachowski.
W 1999 roku, po powrocie Zawiszy Czarnego z 3,5-rocznej wyprawy dookoła świata, powstało Bractwo Zawiszaków. Jego prezesem został Mieczysław Wachowski. Trzy lata później — z inicjatywy Wachowskiego właśnie — powstał program Harcerskiej Szkoły pod Żaglami Zawiszy (cel: wychowanie morskie młodzieży). Patronat nad nim objął ówczesny premier, Leszek Miller.
— By Zawiszę zachować w dobrej kondycji, trzeba wydatków. Stocznie, dokowania, remonty, przeglądy klasowe, wymiana lin, żagli — taka niekończąca się lista spraw i potrzeb. By wesprzeć armatora — Centrum Wychowania Morskiego ZHP —w utrzymaniu jachtu, organizacji rejsów, a szczególnie w poszukiwaniu sponsorów i funduszy, brać żeglarska pływająca na Zawiszy powołała stowarzyszenie. Mottem naszych działań stały się słowa gen. Zaruskiego: „Chcę, by Polacy byli twardzi jak granit, a dusze mieli czyste i głębokie jak morze”. Piękne i dumne słowa, prawda? — mówi Wachowski.
Kapitan bez paszportu
Ideały… A wątpliwości? Nazwisko Wachowskiego pojawiło się w prowadzonym przez krakowską prokuraturę apelacyjną śledztwie, dotyczącym przemytu do Polski — w latach 1997-2000 — co najmniej 100 kg kokainy z Ameryki Łacińskiej.
— Dzisiaj starania i chęć działania związane z Zawiszą Czarnym są dla mnie pasmem udręk i kłopotów, powodem oskarżeń, pomówień — z pobytem w więzieniu włącznie. Zarzucono mi, że przewoziłem — jachtem z Bermudów — osiem ton narkotyków, ukrywając to przed 40-osobową załogą. To, że jacht w tym czasie, gdy „to robiłem”, stał w stoczni i był remontowany, nie miało znaczenia. Za tym stoi polityczna zemsta, chęć dokuczenia, zwykła ludzka złośliwość. Wierzę, że to molestowanie się kiedyś skończy. Nie ma takiego sztormu, który nie przemija... Tylko trzeba walczyć i go przetrwać — przedstawia swoją wersję Wachowski.
Bosmana aż nosi, by zmierzyć się z atlantyckimi czterdziestkami. Ale pozostają Mazury, bo…
— Zawirowania, o których wspomniałem, skutkowały zatrzymaniem mi paszportu — przypomina.
Kontener w morzu
Rum Jamajka pomaga zapomnieć rzeczy, o których wspominać się nie chce, a może wyostrza umysł na miłe wspomnienia. Choć nie zawsze takimi się od razu zdają. Bywają chwile trudne dla żeglarza, choćby sztormy. Gdy zapytać o najniebezpieczniejszą przygodę, Wachowski marszczy czoło.
— Było wiele trudnych momentów. Przeżyłem sztormy na Bałtyku na 10-metrowym jachcie, przeżyłem tajfun na Pacyfiku. Tak samo groźnie było, gdy znienacka przed dziobem jachtu pojawił się dryfujący kontener. Nie ma rejsu, podczas którego by się coś nie wydarzyło! Te nieprzewidziane, niespotykane zdarzenia są tematem żeglarskich opowieści w długie zimowe wieczory i nikt nie docieka, ile w nich prawdy, a ile fantazji — twierdzi bosman.
Podobne rozmowy nie raz zdarzały się też przy sterze lub w kambuzie przy rumie. Z politykami, biznesmenami?
— Kto rozmawia o polityce na morzu!? Żeglarze uciekają tam, by być od niej jak najdalej. Wszyscy żeglarze się ze mną zgodzą: lepiej sobie radzimy z bałwanami na morzu niż z tymi na lądzie — sumuje.
Rum rozgrzał już ciało. Słychać już szanty. Wpierw „Pod żaglami Zawiszy”. Potem inne: „Fregata z Packet Line”, „Bluenose”, „Mona”, „Ballada o wszechżonie”.
— Po długim rejsie najczęściej śpiewamy „Dzikiego włóczęgę”: „już nie wrócę na morze…”. Ale to tylko słowa piosenki... Kto zasmakował żeglowania, to do żagli zawsze go będzie ciągnęło — mówi bosman Mieczysław Wachowski.
Wierzy, że popłynie jeszcze w rejs życia na swojej wymarzonej łódce. l
