Całkiem realne 100 litrów na głowę

Kamil Kosiński
opublikowano: 25-08-2006, 00:00

Mniej alkoholu, więcej piwa. Ta idea ma zagwarantować browarom wzrost sprzedaży, m.in. przez zainteresowanie chmielowym trunkiem kobiet.

Według informacji udostępnianych przez Kompanię Piwowarską, do której należą m.in. takie marki, jak Lech, Tyskie, Żubr, najwięcej złocistego trunku piją mieszkańcy Śląska. Na region ten przypada 34 proc. ogólnej konsumpcji. W Warszawie spożywa się zaledwie 5 proc. chmielowego napitku wypijanego w Polsce. Jeśli wziąć pod uwagę, że według Głównego Urzędu Statystycznego, w województwie śląskim mieszka 4,7 mln osób, a w Warszawie 1,7 mln, to wychodzi, że przeciętny mieszkaniec stolicy konsumuje prawie dwa i pół raza mniej piwa niż przeciętny Ślązak.

— Tyskie, będące jedną z naszych głównych marek, pochodzi ze Śląska i stąd takie dysproporcje. Generalnie nie ma jednak wielkich różnic regionalnych w poziomie konsumpcji piwa. Na Śląsku spożycie na głowę jest nieco większe niż w innych częściach Polski, ale na pewno nie jest porównywalne z Niemcami czy Czechami — bagatelizuje te wyniki Tomasz Bławat, wiceprezes ds. sprzedaży i dystrybucji Kompanii Piwowarskiej.

Konkurenci Kompanii Piwowarskiej mają w tej kwestii podzielone zdania.

— Średnia konsumpcja na Śląsku jest porównywalna ze spożyciem w Niemczech i Czechach —twierdzi Robert Papla, dyrektor zarządzający Royal Unibrew Polska, właściciela marek Brok i Strzelec oraz prawie połowy udziałów w producencie piwa Perła.

— Istnieją różnice regionalne w spożyciu piwa. Dotyczą jednak bardziej gatunków niż ilości. Statystyczny Ślązak na pewno nie wypija 2,5 raza więcej piwa od statystycznego warszawiaka — zapewnia Ireneusz Smaga, wiceprezes ds. sprzedaży i dystrybucji Carlsberg Polska, właściciela m.in. takich marek, jak Okocim, Harnaś i Kasztelan.

Prognozy stare i nowe

Kto ma rację? To nie tylko kwestia satysfakcji tego czy innego menedżera z branży piwowarskiej, to także poważna wskazówka dotycząca dalszego rozwoju polskiego rynku. Jeszcze w 1990 r. spożycie piwa na osobę wynosiło w Polsce 30 litrów i było znacznie mniejsze niż w Europie Zachodniej. Jednak już w 2004 r. Polska stała się piątym producentem chmielowego trunku w Europie i 10 krajem pod względem konsumpcji na świecie. W 2005 r. roczne spożycie piwa na jednego mieszkańca wyniosło 80 litrów, a wielkość rynku ogółem 30,3 mln hektolitrów. Osiągnięty więc został poziom prognozowany przez Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych w drugiej połowie lat 90. Instytucja ta twierdziła, że konsumpcja piwa w Polsce powinna wzrosnąć do 75-90 litrów per capita i ustabilizować się na poziomie 30-32 mln hektolitrów rocznie. Poziom konsumpcji rzędu 130-170 litrów na głowę charakterystyczny dla takich krajów, jak Czechy, Niemcy czy Irlandia miał być dla polskiego rynku zupełnie nieosiągalny. Tymczasem w pierwszym półroczu 2006 sprzedaż piwa wzrosła o 5,5 proc., co —gdyby tendencja ta się utrzymała — może oznaczać, że pod względem spożycia na jednego mieszkańca Polska przestanie być europejskim średniakiem, a dołączy do grupy liderów.

— Założenie, że konsumpcja na głowę osiągnie w Polsce poziom Czech czy Niemiec, jest bardzo optymistyczne. Wydaje się jednak, że obecna wielkość spożycia to jeszcze nie wszystko. Dojście do 100 litrów na mieszkańca nie jest niemożliwe. Potrwa jednak ponad pięć lat. Dotchczasowa dynamika wzrostu rynku ulegnie bowiem wyhamowaniu i nie będzie przekraczać 2-3 proc. rocznie — prognozuje Robert Papla.

— 130 litrów na osobę wydaje się nierealne. Ale do 100 litrów możemy dojść w perspektywie 5-10 lat — przytakuje Ireneusz Smaga.

Zwiększenie sprzedaży na pewno nie będzie łatwe. Grupa Żywiec — a podobnie i inne firmy — twierdzi, że liczba piwoszy w Polsce wynosi 18,5 mln i nie wzrosła od 1992 r. Do tego w 2003 r. pełnoletność osiągnął ostatni rocznik wyżu demograficznego. Nie ma więc co liczyć na naturalny przyrost liczby konsumentów związany z sięganiem po piwo nowych generacji tych samych grup społecznych co dotychczas. Browary starają się więc dotrzeć ze swoimi produktami do grup, które dotychczas były na marginesie ich zainteresowania. Poza klasycznymi napitkami typu lager coraz częściej promują piwa smakowe czy tzw. bezalkoholowe. Ma to być oferta głównie dla kobiet.

Panie z mocną głową

— Liczba kobiet, które pijają piwo przy jakiejkolwiek okazji, jest w Polsce bardzo mała. To dosłownie pojedyncze procenty populacji. W innych krajach Europy po piwo sięga 15-30 proc. pań. Istnieje więc możliwość zwiększenia sprzedaży tej grupie społecznej — zaznacza Tomasz Bławat.

W tę tendencję wpisują się też piwa typu light, choć browary oferują je nie tylko z myślą o kobietach. Warto jednak zauważyć, że w porównaniu z innymi rynkami samo określenie light ma specyficzne znaczenie.

— Klasyczny lager ma u nas ponad 5 proc. alkoholu, podczas gdy w Europie Zachodniej 3,5-4,5 proc. A zatem i piwa light są w Polsce odpowiednio mocniejsze. Produkowany przez naszą firmę Lech Light ma 3,5 proc. alkoholu — dodaje Tomasz Bławat.

— Dzięki markom typu light może wzrosnąć spożycie piwa, ale nie alkoholu. Będzie można wypić więcej piwa, nie upijając się —podkreśla Ireneusz Smaga.

Każdy lubi krajowe

Polskim browarom na pewno nie pomoże eksport. Po wejściu Polski do Unii Europejskiej wzrósł on co prawda bardzo dynamicznie, ale w 2005 r. za granicę trafiło zaledwie 2,9 proc. produkcji polskiego przemysłu piwowarskiego. Tak jak wcześniej, eksportowane piwo trafia głównie do skupisk Polonii. Tyle że do Stanów Zjednoczonych i Kanady dołączyły Wielka Brytania i Irlandia. Mimo że na Wyspach Brytyjskich polskie piwo sprzedawane jest w popularnej tam sieci supermarketów Tesco, nikt nie ma złudzeń co do znaczenia eksportu dla branży.

— Z naszych badań wynika, że co trzecie piwo, po które sięgają Polacy za granicą, jest piwem polskim. Jeżeli jednak chodzi o skalę eksportu, to faktycznie jest on znikomy. Nawet jeśli wzrośnie 2-3-krotnie, to i tak będzie stanowił niewielką część sprzedaży — przyznaje Tomasz Bławat.

— 3 proc. sprzedaży poza terytorium Polski to dużo czy mało? Moim zdaniem dużo. Poza tym sprzedaż eksportowa daje wyższe marże niż krajowa. Okocim kosztuje w Stanach Zjednoczonych dwa razy więcej, niż wynosi średnia cena piwa amerykańskiego. Jest to możliwe, gdyż Polonusi nie kupują go, by się napić. Kupując polskie piwo, kupują... cząstkę Polski. Dla nich ma to wymiar bardzo emocjonalny. Podobnie jest zresztą w przypadku innych narodowości... Dlatego, mimo że mamy lepsze piwa niż produkowane w Niemczech czy Wielkiej Brytanii, nie wierzę, iż eksport na te rynki zaowocuje istotnym popytem ze strony rdzennych Niemców czy Anglików. Zbudowanie odpowiedniej otoczki emocjonalnej wokół polskich marek wymaga tak niewiarygodnych nakładów, że staje się przedsięwzięciem nieopłacalnym — komentuje Ireneusz Smaga.

I nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Zagraniczne marki też nie odniosły w Polsce wielkiego sukcesu. W ujęciu ilościowym i wartościowym opanowały 5-6 proc. rynku. Stało się to głównie za sprawą marek Heineken i Carlsberg. Stanowią one blisko 70 proc. konsumowanego nad Wisłą piwa obcych marek.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Kamil Kosiński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu