Ceny obligacji będą rosnąć jeszcze długo

Adrian Boczkowski
opublikowano: 22-04-2010, 00:00

Rozkręca się hossa na rynku krajowych papierów dłużnych. Coraz chętniej inwestują tam zagraniczne instytucje

Wyraźny sygnał, że na rynku długu w Chinach, Indiach czy również Polsce sporo będzie się działo, dał w tym tygodniu Brian Baker z Pimco, największego na świecie funduszu obligacji (220 mld USD aktywów). Podczas konferencji FundForum stwierdził, że inwestorzy powinni wreszcie zauważyć, iż możliwości ponadprzeciętnego zarobku na długu nie znajdą już raczej w USA czy zachodniej Europie. Teraz przyszedł czas na papiery z krajów rozwijających się. Fundusz Briana Bakera w marcu dokupił papiery dłużne krajów zaliczanych do emerging markets za ponad 20 mld USD. Ma ich teraz 6 proc. w portfelu, najwięcej od 2008 r.

Zagraniczni inwestorzy zwietrzyli interes także nad Wisłą. Najnowsze dane z lutego wskazują, że zobowiązania Polski wzrosły o 0,76 proc. (5 mld zł), do 658 mld zł. Zaangażowanie graczy zagranicznych w nasze obligacje i bony skarbowe skoczyło o 7 proc. (6,2 mld zł), do ponad 95 mld zł. Na aukcjach papierów organizowanych przez resort finansów coraz częściej popyt zdecydowanie przewyższa podaż. Tak było również wczoraj w przypadku pięcioletnich papierów (rentowność spadła do 4,99 proc., najniżej od trzech lat). Do gry coraz mocniej włączają się klienci krajowych funduszy inwestycyjnych. W pierwszych dwóch miesiącach tego roku do funduszy pieniężnych i dłużnych wpłynęło netto prawie 2,5 mld zł. W marcu doszło do tego 1,6 mld zł. Dla porównania saldo wpłat i umorzeń w funduszach akcyjnych wyniosło w zeszłym miesiącu zaledwie 70 mln zł.

Marazm na krajowym rynku długu skończył się. Od stycznia ceny papierów dłużnych wyraźnie ruszyły w górę. Skalę zmian na rynku dobrze pokazuje syntetyczny indeks rentowności obligacji 10-letnich, który oblicza agencja Bloomberg. Od początku roku spadł o 83,5 pkt bazowych, do 5,45 proc. W ostatnich trzech miesiącach niektóre fundusze inwestujące w dług potrafiły zarobić ponad 6 proc., czyli więcej niż wynosi całoroczny zysk z większości bankowych lokat. To przyciąga kolejnych graczy.

O bańce mówić jednak jeszcze nie można. Wiele wskazuje na to, że obligacyjna hossa na zdrowych i szybko rozwijających się rynkach wschodzących, w tym w Polsce, dopiero się rozkręca. Oczywiście korekty są możliwe, ale dopiero podwyżki stóp procentowych mogłyby okazać się punktem zwrotnym. Tych jednak na razie nie będzie, skoro NBP zdecydował się osłabiać złotego w interwencjach walutowych (pierwszy raz od 11 lat). Podwyżka stóp byłaby bowiem sprzecznym sygnałem (powód do zwyżki wartości złotego). Na coś takiego żaden szanujący się bank centralny pozwolić sobie nie może. Mniejszym zaskoczeniem byłaby obniżka stóp o 25-50 pkt baz.

Biorąc pod uwagę dane historyczne, na razie nie można mówić o bańce spekulacyjnej na rynku obligacji. Kursowi stałokuponowych dwudziestolatek wyemitowanych w 2002 r. brakuje jeszcze 5 proc., by dojść do wartości z przełomu 2008 i 2009 r. Obecna rentowność tych papierów jest teraz wyższa o 0,3 pkt proc. niż wtedy i o ponad 1 punkt procentowy wyższa od dołków z 2005 i 2006 r. (wynosi ponad 5,6 proc.). Przy racjonalnej polityce fiskalnej wsparciem dla naszych papierów powinna być również niska rentowność obligacji niemieckich. Spread między indeksem rentowności 10-letnich obligacji w Polsce i Niemczech spadł od początku roku z 290 do 236 punktów baz. Średnia od czasu wejścia Polski do UE wynosi tymczasem 206

pkt baz., a minimum z 2007 r.

zaledwie 84,5 pkt baz.

Więcej str.

7

Adrian Boczkowski

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Adrian Boczkowski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu