RYNEK IPO Ceny nowicjuszy są już mocno napompowane. Ktoś wkrótce się sparzy.
Nieudane debiuty LC Corp i Grupy Finansowej Premium to jeszcze nie powód, by wieszczyć zmierzch hossy na rynku pierwotnym. Ale spadki kursów akcji dwóch nowicjuszy powinny skłonić do refleksji zarówno inwestorów, jak i dotychczasowych właścicieli spółek i ich doradców. Interes obu stron — wzrost wartości firmy dzięki pozyskaniu kapitału — jest zbieżny, ale tylko w długim terminie. W krótkim liczy się to, jaką stopę zwrotu można osiągnąć na pierwszej lub jednej z pierwszych sesji. Z tym bywa różnie, choć większość tegorocznych IPO dawała kilkanaście lub nawet — jak Erbud, Elektrotim czy Budvar Centrum — kilkadziesiąt procent zysku w debiucie. Obraz zepsuły wspomniane dwie spółki, których walory ani przez moment (jak GF Premium) lub tylko przez chwilę (jak LC Corp) można było sprzedać powyżej ceny emisyjnej.
To właśnie jej śrubowanie wydaje się główną przyczyną, dla której na rynku wtórnym nie znaleźli się chętni, by zapłacić za akcje więcej, niż na starcie proponowali dotychczasowi akcjonariusze. Przy okazji oferty JW Construction Janusz Koczyk, prezes NFI Jupiter, który miał prawo wziąć udział w specjalnej transzy, stwierdził, że cena, jaką podyktował zarząd, nie przekonuje go co do możliwości realizacji zakładanej stopy zwrotu. I rzeczywiście — kurs tylko na początku sesji
poszedł mocno w górę
(o 29 proc.), ale później było gorzej. Dziś akcje dewelopera można kupić kilka procent taniej niż w ofercie publicznej. Brak dyskonta, a nawet — biorąc pod uwagę wskaźniki — narzucanie premii przy ustalaniu ceny emisyjnej zdarza się coraz częściej. Regułą jest przy tym wyznaczanie jej na górnej granicy widełek. Ostatnim, zmuszonym postąpić inaczej, był Mispol, który przeprowadził ofertę niemal dokładnie rok temu.
Inwestorzy instytucjonalni, do których kierowana jest większa część ofert, godzą się na warunki i wyceny, proponowane przez zarządy. Z jednej strony może
to dziwić, bo niektóre firmy dają na razie mglistą perspektywę przyszłych zysków, z drugiej — napływ pieniędzy do TFI jest tak duży, a możliwości inwestycyjnych tak mało, że zarządzający nie mają praktycznie wyjścia i muszą zapisywać się na oferty pierwotne. Niezdrową sytuację
potęguje to, że drobni gracze, aby przy notowanych redukcjach (zwykle ponad 90 proc.) uszczknąć nieco z debiutanckiego tortu, muszą z kolei zaciągać spore kredyty, zwiększające koszty i ryzyko inwestycji. Dwa nieudane debiuty są ostrzeżeniem, że rynek pierwotny nie jest maszynką do robienia pieniędzy. Prawdziwe otrzeźwienie — zarówno po stronie przedstawicieli firm, jak i inwestorów — przyjdzie jednak dopiero wtedy, kiedy któraś z większych ofert zakończy się fiaskiem.
Kredyt, który (na razie) się nie opłacił
50 000
zł Tyle wynosił minimalny wkład własny w ofercie kredytowej IDM na akcje LC Corp.
4 950 000
zł Tyle wynosił maksymalny kredyt dla 50 tys. wkładu własnego.
98,12
proc. O tyle zredukowano zapisy na akcje dewelopera w transzy drobnych inwestorów.
94 000
Tyle wyniosła wartość zakupionych akcji przy
wkładzie własnym 50 tys. i wnioskowanym kredycie 4,95 mln zł.
10,8
proc. O tyle musiałaby wzrosnąć w debiucie cena akcji LC Corp, by sprzedającym na pierwszej sesji zwróciły się koszty zaciągniętego kredytu.
-6,8
proc. Tyle poniżej ceny emisyjnej kończyły debiutancką sesję prawa do akcji LC Corp.
12,3
mln zł
O tyle uboższy jest portfel CU OFE z powodu nietrafionej (na razie)
inwestycji w akcje i prawa do akcji LC Corp.
13,2
mln zł
Tyle straciłby ING NN na LC Corp, gdyby dziś zdecydował się sprzedać wszystkie akcje i prawa do akcji dewelopera.